Był rok 1941. Zbliżało się Boże Narodzenie. W życiu dwóch rodzin polskich, zatrzymanych przez NKWD na posiołku Wodopad po odjeździe reszty Polaków na południe Rosji, nic się nie zmieniło. Ten sam towarzyszący im stale niepokój, to samo głodowanie...
Stasiek z Jaśkiem ulegają ogólnej atmosferze, chodzą posępni, zalęknieni. Przeważnie milczą.
Mimo to, choć wydaje się to nieprawdopodobne, czegoś wyczekują, czegoś się spodziewają.
Starszy, sześcioletni, ciągle o coś pyta. Chce odpowiedzi na dręczące jego głowinę pytania.
- Mamo! Może nikt nie wie, że nadal tu jesteśmy, że zostaliśmy, to jak mogą nas odnaleźć. Na pewno wszyscy myślą, że wyjechaliśmy razem z innymi, a my tu sami jedni pozostawieni czekamy, ażeby się ktoś o nas upomniał.
- Och mamo! Czy my naprawdę zostaniemy w tych lasach na zawsze?
Głos Staśka załamuje się, ale nie płacze.
- Na pewno nie zostaniemy - odpowiada mama.
- Pan Jezus i Matka Boża dopomogą nam jakoś stąd się wydostać. Malutki Jezus nie zapomni o dzieciach, którym jest tak bardzo źle na świecie. On sam też miał ciężkie życie. Nawet płakał, jak Mu było zimno, gdy był malutki.
Kiedyś, przed wielu, wielu laty, gdy żył w świecie, darzył dzieci szczególną miłością. Lubił z nimi i o nich rozmawiać. Tak jest napisane w świętych księgach... Właśnie dzisiaj jest Wigilia Bożego Narodzenia. Będziemy wspominali wieczorem, jak to było w tych dniach w domu, w Polsce.
- A co to jest Wigilia? - pyta Jasiek.
- Wigilia to jest przeddzień przyjścia na świat Bożego Dzieciątka. Tego dnia ludzie w Polsce uroczyście świętują. Podczas wieczerzy wigilijnej wspominają tych, z którymi są rozłączeni. O nas też sobie na pewno nasi najbliżsi przypomną. Mamy dużą rodzinę w Polsce. A już tatuś o was nie zapomni nigdy.
Iskierka nadziei zatliła się w ich małych serduszkach.
Ten wieczór na pozór nie wyróżniał się niczym. Był jednak inny...
Przy zapalonym łuczywie, wetkniętym do otworu kominowego, zasiedliśmy do wieczerzy, wspominając z żalem tych, którzy już odeszli i zostaną tu na zawsze.
Na czysto wyszorowanym stole - nie było obrusu - stoi garnek ze stołówkową zupą, "bałandą". Obok miski różnorakiej wielkości i jakości oraz drewniane łyżki, wykonane tutaj przez dziadka, który zmarł przed rokiem. Ot i cała wieczerza.
Choinki nie ma. Wystarczą te, które rosną w nadmiarze naokoło posiołka. Zadumane stoją cicho, przykryte grubymi płatami śniegu. Czekają wiosny.
W ciężkim, przygniatającym milczeniu zaczęliśmy spożywać tę naszą zupę wigilijną, składającą się jak zwykle z wody za trzepanej mąką. Po wieczerzy zapadła głęboka cisza. Przeciągałoby się to nie wiadomo jak długo, ale w końcu pierwsza przerywam milczenie. Opowiadam o domu, o Świętym Mikołaju, który dziś przynosi dzieciom podarki, o tatusiu. O tym, że są w Polsce piękne kościoły, do których ludzie przychodzą, ażeby się wspólnie modlić.
Jasiek nie pamięta i nie może sobie wyobrazić, jak wygląda kościół. Ale Stasiek pamięta. Chodził do kościoła z rodzicami. Zabierali często małego Jaśka w wózku. Jest to dzisiaj tak odległe, że czasem zaciera się zupełnie.
- Gdyby tak Święty Mikołaj przyszedł do nas dzisiaj i przyniósł na plecach worek bułek, to dopiero mielibyśmy wigilię - marzy głośno Jasiek.
Mamo! Niech on przestanie! Nie mamy chleba, a jemu bułek się zachciewa!
Jasiek uparcie obstaje przy swoim, bo niespodziewanie zapytuje:
- Mamo, a dlaczego Święty Mikołaj nie chce przyjść do nas tutaj? Może zabłądził?
Uśmiecham się blado, odpowiadając:
- Mógł zabłądzić w tych ogromnych lasach. Kiedyś jednak przyjdzie. Na pewno przyjdzie. [349]Wojna się skończy, my powrócimy do Ojczyzny, tatuś się znajdzie i o bułki też się postara.
Małego Jaśka to jakoś nie przekonuje. Niepokoi się dalej i pyta:
- Mamo, a gdyby nasz Święty Mikołaj i Dziad Mróz, który podobno przychodzi do Ruskich, zeszli się dzisiaj razem, to co by było?
Z uśmiechem wyjaśniam:
- Tak nie może się zdarzyć, bo Dziad Mróz przychodzi do nich na Nowy Rok, a więc dopiero za parę dni.
Nawet chora babcia uśmiecha się słuchając wywodów wnuka.
Ciągnę dalej:
- W polskich domach jest zwyczaj, że ludzie łamią się opłatkiem, takim białym chlebem, i składają sobie życzenia. My zrobimy to inaczej, bo położenie nasze też jest inne, zupełnie inne. Więc każdy z nas sam wypowie swoje życzenia.
- Ja chciałbym dużo, dużo bułek, żebym mógł się najeść do syta i żeby mi jeszcze zostało - szybko mówi Jasiek.
Stasiek, chociaż nie chce się do tego przyznać, w głębi duszy przyłącza się do niego.
Ja z bratem Tadeuszem marzymy i mówimy tylko o powrocie, ale tak naprawdę nie widzimy na razie żadnego wyjścia.
A babcia, biedna chora babcia, słabym głosem nieśmiało mówi:
- Boże, pozwól mi wyzdrowieć. Daj pożyć chociaż jeszcze pięć lat. Tylko pięć. Nie proszę o więcej. Pragnę doczekać chwili, kiedy będziemy mogli wydostać się stąd. Chciałabym zobaczyć te dzieci w ludzkich warunkach. Na pewno się jeszcze przydam wszystkim. A jeśli mi sądzono zostać tu na zawsze, obok dziadka i wnuczki, to wy stąd uciekajcie. Uciekajcie!
Nie możemy tego słuchać spokojnie, patrząc na wychudzoną do ostateczności babcię. Jeszcze chwila, a wybuchniemy wielkim, niepohamowanym płaczem. Trzeba się jednak uspokoić, bo babcia patrzy na nas tak żałośnie...
Chłopcom jest bardzo smutno i żeby nie rozpłakać się na dobre, zaczynają kręcić się niespokojnie i chcą iść spać.
Odmawiają pacierz: "Ojcze nasz", potem "Zdrowaś Mario", dodając od siebie krótką modlitewkę: "Dobry Boże! Daj nam wszystkim zdrowie. Spraw, abyśmy mogli wrócić do Polski i odnaleźć tatusia. Amen".
Gramolą się na swoją pryczę. Sen jednak nie przychodzi. Nie mogą długo zasnąć. W milczeniu rozmyślają nad tym, co dzisiaj usłyszeli, co dzisiaj było.
Taka była nasza Wigilia na "wiecznej zsyłce" w lasach archangielskich.

