Walka o życie

Krucjata modlitwy w obronie poczętych dzieci

Gdy byłam w czerwcu 1988 r. w szpitalu na oddziale ginekologicznym w małym podlaskim miasteczku, przeżyłyśmy z grupą chorych i częścią personelu niedoszły dramat. Na sali siedem kobiet, wśród nas jedna matka pragnąca za wszelką cenę uratować pięciomiesięczną ciążę. Wprowadzono jeszcze jedną pacjentkę. Po chwili dowiadujemy się, że przyszła usunąć ciążę.

Wszystkie z przerażeniem w oczach i bólem w sercu zaczęłyśmy jej tłumaczyć, by tego nie robiła, ale ona nie chce słuchać. - To moja sprawa - odpowiada - nikt nie wie, jakie ja mam warunki. - Ma troje dzieci, czwarte według niej to już za dużo.

Wtedy pomyślałam, że moją sprawą jest bronić życia nie narodzonego do końca. Mówię do niej: A gdyby tak panią stracono?

- To by mnie nie było - pada zimna odpowiedź. Nakrywa się mocniej kołdrą, nie chce rozmawiać i na nikogo patrzeć. Leży tuż obok mnie.

Pomyślałam sobie, że przecież tyle razy czytałam w "Rycerzu Niepokalanej" na temat nienarodzonych, tyle słyszałam w czasie pieszych pielgrzymek na Jasną Górę, teraz nie mogę milczeć. Zaczynam cytować słowa piosenki Dlaczego nie chciałaś mnie, mamo...

Pytam: - Gdzie pani odnajdzie grób swego dziecka? w którym śmietniku? Czy nie łatwiej kromkę chleba podzielić na cztery niż na trzy części? czy wie pani, że rąk splamionych krwią swego dziecka nigdy nie domyje? że sumienie dręczyć będzie do końca życia?

Zaczynam przypominać sobie z "Rycerza" z kwietnia inscenizację Życie przed życiem, cytuję kilka zdań (obecnie znam to prawie na pamięć). - To Bóg daje matce nić w ręce, to matka ma doprowadzić ją do końca. - Cytuję fragmenty z Drogi Krzyżowej Dzieci Nie narodzonych, którą kilkakrotnie słyszałam w czasie pielgrzymki.

Pani N. energicznie przekręca się z boku na bok, ma silne wypieki na twarzy. Siostra pielęgniarka przynosi termometry, wszystkie mamy po kilka kresek więcej. Zbliża się wieczór, zaczynamy modlić się; na różańcu. Odmawiamy tajemnice radosne. Zaczęłam spontanicznie ofiarowywać każdą tajemnicę w intencji uratowania dwóch istnień: tego, którego matka tak pragnie, i tego, którego matka nie chce.

- Tajemnica I Zwiastowanie. Maryjo! z lękiem przyjęłaś wieść od Anioła o poczęciu, lecz on Cię pociesza: "Nie trwóż się". Spraw Maryjo, by wszystkie matki, które są zatrwożone poczęciem swego dziecka, znalazły pocieszenie, by z radością oczekiwały narodzenia. Ojcze nasz...

- Tajemnica II Nawiedzenie. Maryjo, Ty będąc w stanie błogosławionym nawiedzasz swoją krewną Elżbietę. Błagamy Cię, Maryjo, nawiedź wszystkie matki, które są w stanie błogosławionym, a szczególnie panią N., by cofnęła się w decyzji. Ojcze nasz...

- Tajemnica III Narodzenie. Maryjo, Ty szukałaś miejsca na swoje rozwiązanie, znalazłaś tylko ubogą stajenkę, dziś matki rodzą w szpitalach, pod opieką lekarzy. Niech warunki bytowe nie przerażają ma[141]tek, w których bije serce ich dzieci. Ojcze nasz...

- Tajemnica IV, Ofiarowanie, Narodzonego Chrystusa, Maryjo, zanosisz do świątyni. Wiele matek to czyni, lecz, Matuchno, spraw, by każda matka ofiarowała swe dziecko Bogu, a nie śmietnikowi. Ojcze nasz...

- Tajemnica V Znalezienie. Z ogromną troską szukasz, Maryjo, swego Syna. Znajdujesz. Daj łaskę znalezienia Jezusa, daj łaskę mądrości matkom, daj, by ich poczęte dzieci ujrzały świat i otrzymały na Chrzcie dar łaski Bożej. Ojcze nasz...

Na sali wszystkie płaczemy. Pielęgniarka przynosi leki, zrozumiała, co jest. Niektóre panie mówią, że raczej szkoda nerwów. Więc w cichości swego serca wołam: "Maryjo, okaż swą moc, niech się objawi Twoja łaska. Zwyciężyłaś - zwyciężaj!".

Próbuję nawiązać rozmowę z panią N., nie udaje się. Woła ją pielęgniarka, myślałam, że na zabieg, więc krzyczę: - Nie zabijaj, będziesz żałować.

We drzwiach pada odpowiedź: - To ja, a nie wy.

Wraca (po uzupełnieniu wywiadu). Mam książkę Chrystus w moim życiu, próbuję czytać, lecz nie mogę. Celowo kładę na szafce, by była na oczach tej pani. Po chwili pyta, czy może poczytać. - Proszę bardzo, jest bardzo ciekawa.

Zaczęła czytać. Spoglądamy po sobie. Pomyślałam, że cokolwiek przeczyta, może się zastanowi. Książka ją porwała, czyta do godziny 23, a może i dłużej, rano o 4 już czytała. Ja nie spałam całą noc.

Jest piękny czerwcowy poranek. Pani N. mówi do mnie: - Dziś już mnie tu nie będzie.

Zastanawiam się, co to ma znaczyć. Po chwili pani N. zostaje wezwana na pobranie krwi, tam zasłabła. Leży na wózku bardzo blada. Podchodzę i mówię: - Tego pani nie wytrzymała, a jak wytrzyma resztę? Kobieto, ty nie wytrzymasz.

Spojrzała na mnie. Czas szybko mija, rano odmawiamy różaniec, tajemnice bolesne. Głośne rozważanie. Pani N. też wyjmuje swój różaniec, już nie chowa głowy, modlimy się wspólnie o życie dwojga dzieci. Wszystkie oczy z zatroskaniem i błagalnie patrzą na panią N. Wizyta lekarska, lekarz zabiera kartę, a więc zabieg się odbędzie, ona się nie broni. Ja jestem wezwana na konsultację przed operacją, już nic nie zrobię, wiem, że jeśli nie zadziała Bóg swą łaską, nic się nie zmieni. Westchnęłam tylko: "Maryjo, okaż swą moc!".

Pani N. w łazience podchodzi do jednej ze starszych pań, które przebywają razem z nami na sali. Ta zwraca się do niej ze łzami w oczach i błaga: - Niech pani tego nie czyni!

Pani N. drżącym głosem mówi: - Ja już nie chcę tego, tylko jak to teraz zrobić?

Starsza pani bierze ją pod rękę, idzie z nią do pielęgniarki i oświadcza: - Ta pani zrezygnowała z zabiegu.

Zadowolona pielęgniarka mówi, że resztę sama załatwi. - Och, jak to dobrze - dodaje - już narzędzia były rozłożone, ale żadna z nas nie chciała być przy tym. - Radość w oczach pielęgniarki aż biła na odległość.

Wracam z konsultacji, na sali radość, w oczach łzy szczęścia. Na podziękowanie Bogu odmawiamy tajemnice chwalebne, już z uśmiechem. Pani N. opuszcza szpital również uśmiechnięta, jeszcze tylko z naszej strony słowa otuchy, nawet pochwały, bo każdy ma trudne chwile, ludzką rzeczą jest upaść, dobrze, gdy nie do końca. Zaofiarowałam swoją pomoc. Pani N. odmówiła, lecz zostawiła adres. Po przebytej ciężkiej operacji napisałam list, odpowiedzi nie otrzymałam.

Pani, która leżała na podtrzymaniu, mimo usilnych starań lekarzy rodzi wcześniej dziecko - synka o wadze 230 gramów. Po 30 minutach umiera, ale ochrzczone.

Jest grudzień 1988 r., ponownie jestem w tym samym szpitalu, dyskretnie pytam, czy ktoś nie zna pani N., jednak nikt nie znał. 13 grudnia jestem ponownie operowana. W dwa dni po operacji słyszę nazwisko pani N. Chcę ją zobaczyć, chcę wiedzieć, po co przyszła. Proszę jedną z pacjentek, by ją przyprowadziła do mnie. Tak, to ona, pani N., jest w siódmym miesiącu ciąży. Ma trochę kłopotu ze zdrowiem, wymieniamy kilka zdań, pytam o dzieci, na sali jesteśmy same, prosi, bym nikomu nic nie mówiła o jej dawnym zamiarze, wstydzi się. Gratulowałam jej wytrwania i życzyłam szczęśliwego rozwiązania. Tak bardzo się cieszyłam, czułam, że zdrowie mi szybciej powraca.

Jeśli kto może, niech ratuje każde poczęte życie, a wiedząc, jak często mało skuteczne są tu słowa, niech zanosi do Boga ufną modlitwę.

Nie piszę tego dlatego, by się pochwalić, lecz po to, by wiadome było: że jednak walczyć o życie trzeba i że walka jest skuteczna tylko wtedy, gdy będzie działał wspólnie z nami Bóg.


Intencja Krucjaty Modlitwy na maj:

Aby prawnicy stanęli w obronie poczętych dzieci.

[s. 141]