Głównym nośnikiem cech Narodu jest rodzina. W rodzinie dziecko poznaje, co jest dobre a co jest złe, co wolno a czego nie wolno robić. Poznaje obyczaje, tradycje, nabiera też przyzwyczajeń. A więc, bierze to wszystko, co mu Dom może zaofiarować. Nie każdy jednak dom rodzinny zasługuje na to miano, bo chłopaka i dziewczynę, którzy w przyszłości będą rodzicami, też trzeba wychować do życia w rodzinie. Oczywiście nie według metod i wykładni zaoferowanych przez podręcznikowy zespół autorski w osobach: Wiesław Sokoluk, Dagmara Andziak i Maria Trawińska, o której to wykładni i metodzie wychowawczej w swoim przemówieniu sejmowym, w dniu 19 listopada 1987 r. powiedziałem: "Poza obyczajowo deprawacyjnym jej znaczeniem pod względem wychowawczym prowadzi ona do biernych postaw młodzieży, niezdolnej do współtworzenia życia rodzinnego i do podejmowania odpowiedzialnej, samodzielnej roli w swoim życiu".
Nie według też metod i wzorców oferowanych w sposób brutalny przez wszelkie inne, już poza podręcznikowe, środki masowego przekazu. Te ostatnie niemal same wdzierają się do naszych mieszkań. Oczywiście, że można nie słuchać radia, nie mieć telewizora, nie kupować nieodpowiednich czasopism. Powszechny jednak bojkot wymienionych mass mediów jest niemożliwy. Stać na to jedynie nielicznych rodziców o bardzo dużym poczuciu odpowiedzialności za wychowanie własnych dzieci. W tej sytuacji obowiązek obrony przed zalewem deprawacyjnej subkultury spada na świadomą zagrożenia część społeczeństwa. W swojej interwencji poselskiej, w tej kwestii, do najwyższych władz państwowych, przypomniałem, że najszerzej pojęte interesy obywateli państwa powinny być chronione przez Ustawę z dnia 31 lipca 1981 r. O kontroli publikacji i widowisk.
Wobec braku oczekiwanych efektów poruszyłem ten problem w przemówieniu sejmowym, na posiedzeniu plenarnym Sejmu w dniu 28 stycznia 1987 r. Ująłem go w kontekście wiarygodności władz wobec społeczeństwa w sposób następujący: "W odczuciu wielu Polaków w uzyskaniu wiarygodności przeszkadza tolerancja władz dla szerokiej fali pseudokultury własnej, jak również importowanej z Zachodu za ciężko wypracowane pieniądze przez Naród, wykorzystującej państwowe środki masowego przekazu. W wydawnictwach książkowych, prasie, radiu i telewizji propagowane są treści pornograficzne, cwaniactwo, brutalność, przemoc, narkomania, nikotynizm, pijaństwo i wiele innych. Nie muszę tego egzemplifikować, ponieważ spotykamy się z tym codziennie i na każdym kroku. Budzi to protesty większej części społeczeństwa, które nie widzi w tym wszystkim ani namiastki zaspokojenia swoich potrzeb kulturalnych, ani też nie znajduje wiarygodnej postawy władz wobec Narodu. Przezwyciężenie tego zjawiska nie jest tylko kwestią czasu, ale wymaga aktywnego przeciwdziałania wszystkich, a zwłaszcza najwyższych władz w kraju".
W dziesięć miesięcy później wypowiedź tę musiałem uzupełnić. Zmusiło mnie to do tego dalsze schlebianie gustom półświatka w pierwszoprogramowych, państwowych środkach masowego przekazu, jak też i rozpowszechniana opinia, że społeczeństwo polskie przyjęło to i zaakceptowało jak swoje.
W dniu 19 listopada 1987 r. na posiedzeniu plenarnym Sejmu powiedziałem: "Do bulwersujących opinię publiczną zjawisk należy prezentowana przez wszelkie środki masowego przekazu golizna, jak również sceny erotyczne, szczególnie uwłaczające [s. 3 okł.]godności kobiety. Nie powinna temu towarzyszyć dywersja moralna, szczególnie z dużym nasileniem rozsiewana przez środki masowego przekazu, gdzie bohaterem jest cwaniak różnego pokroju i łobuz żyjący na koszt społeczeństwa, a całość zakraszana jest obrazem lub opisem pornograficznym. Wszelkie interwencje w tej sprawie, jak sami możemy się przekonać, nie przyniosły żadnych skutków. Może więc nowi gospodarze w refleksji nad sytuacją kraju włączą się w dzieło odrodzenia moralnego w pełnym tego słowa znaczeniu. Może też pozorne zyski z emisji bulwarowej subkultury nie przysłonią im trwałych dalekosiężnych celów".
Poseł Marian Szatybełko
