W obronie matki

Nie było mnie w kraju ponad dwa miesiące. Wróciłam właśnie w sam ogień dyskusji o projekcie ustawy - różni ludzie referują mi głosy, jakie raczyła przekazać polska telewizja.

Problem obrony dziecka nie jest mi obcy, więcej, jest właściwie treścią mojego życia od wielu lat - korzeniami sięga jeszcze okupacji. W obozie koncentracyjnym w Ravensbrück zdarzały się kobiety w ciąży, aresztowane z różnych stron Polski i świata i - rzecz znamienna - nigdy nie dokonywano przerwań ciąży, ale dopuszczano do porodu, tylko potem noworodki ginęły albo wprost wrzucane do tzw. heizungu, po prostu do pieca, albo zagłodzone, pozostawione bez pokarmu. Niewiele dzieci urodzonych tam udało się uratować. Hitlerowcy wiedzieli dobrze, że przerwanie ciąży niszczy organizm kobiety-matki, a poród jest sytuacją fizjologicznie prawidłową. Nie chcąc niszczyć "siły roboczej" zostawiano kobiety ciężarne do porodu w spokoju.

To tam wtedy, gdy jako młoda dziewczyna widziałam, co robią z dziećmi, z maleństwami, które ledwie spojrzały na świat, postanowiłam, że jeśli wyjdę, zrobię wszystko, co mi się uda, by ratować dzieci - wszystkie dzieci.

No i robię to od lat. Najstarsze "dziecko", które uważam za swoje, gdyż udało mi się matkę namówić, żeby urodziła, choć nie chciała (ma dziś - pan inżynier - 30 lat) nie wie o mojej ingerencji w jego życie, i nie ono jedno.

Poprzez te lata pracy wielokrotnie udało mi się odwieść kobiety od tej straszliwej decyzji, od której potem nie ma odwrotu. Jako lekarz-psychiatra od lat obserwuję zespół objawów, który zresztą ostatnio potwierdzają także inni lekarze i który ma już swoją międzynarodową nazwę: post-abortion syndrom - zespół objawów psychopatologicznych po zabiciu własnego dziecka.

Na podstawie swych wieloletnich obserwacji ja wiem, jestem pewna, że w każdym przypadku kobieta, która pozwoliła, by zabito jej dziecko w łonie - cierpi, cierpi latami. Dziecko umiera, oczywiście, i oczywiście jest to człowiek, i każda z nich to dobrze wie nie tylko dlatego, że uczeni laureaci Nobla udowodnili odrębność ludzkiego kodu genetycznego i że cały świat nauki z rozwojem genetyki, embriologii, psychologii prenatalnej jednoznacznie stwierdza naukowo, że od chwili zapłodnienia to jest człowiek. Nie..., te kobiety nie wiedzą nieraz nic o kodzie genetycznym, ale dobrze wiedzą, że to jest dziecko, bo nie chcą dziecka - jeśliby to nie było dziecko, to gdzie problem? Niech to "coś" sobie rośnie. Ale każda wie, że to jest dziecko, lecz woli tego nie wiedzieć, zasłania oczy, w czym pomaga jej świat lekarski, zdegenerowany, który wyprodukował nową specjalizację sprzeczną z istotą medycyny.

Gdy we Francji głosowano na temat ustawy pozwalającej zabijać dzieci, lekarze zażądali, aby dla tych, którzy decydują się to robić, znaleźć nową nazwę: "aborterów" - w odróżnieniu od położników, którzy pomagają dziecku wydobyć się na świat. Ci lekarze i to nieszczęsne prawo sankcjonujące bezprawie pchają kobiety do tej decyzji.

I co dalej...? No właśnie - nikogo nie obchodzi, co dalej.

Ginekolog, który dokonał zabicia dziecka w łonie matki, twierdzi, że to "zabieg taki jak wyrwanie zęba. No, czasem zdarzają się komplikacje, ale niezwykle rzadko"... Ale naprawdę to ten lekarz, który zabił dziecko, NIGDY WIĘCEJ tej kobiety nie widzi - ona nigdy więcej do niego nie przychodzi. To ja - psychiatra w poradni rodzinnej i psychiatrycznej ogólnej zajmuję się leczeniem tych nieszczęsnych kobiet.

Dawno już prof. Rosner, stary czołowy ginekolog, stwierdził na początku naszego stulecia, że przerwanie ciąży można przyrównać do rzucenia kobiety-matki pod koła pędzącego pośpiesznego pociągu. Rozdarta na kawałki - nigdy już całkiem nie da się zintegrować, scalić.

Zespoły te nie występują od razu, są późne. W pierwszej chwili kobieta bała się dziecka, nie chciała dziecka, więc jak dziecka już nie ma, czuje ulgę chwilowo, a potem... Potem przychodzi refleksja i narasta poczucie winy, dręczące, które zamieni się z biegiem czasu w poczucie krzywdy i wreszcie następują zmiany osobowości: trudny charakter, drażliwość, zmienność, no i szereg innych objawów, które dokładnie są opisane, ale tutaj nie ma miejsca, by je przytaczać.

Miałam okazję mieć setki kobiet pod opieką i powiem tak, że nigdy żadna kobieta nie miała do mnie pretensji o dziecko urodzone; wszystkie są wdzięczne i przysyłają nieraz po latach fotografie swoich maleństw, bo nie jest prawdą, że z tak zwanej "niechcianej ciąży" rodzi się zawsze "niechciane" dziecko. Wręcz przeciwnie - to dziecko nieraz okupione heroiczną decyzją matki, która walczy o nie z otoczeniem, dziecko początkowo odrzucane, ale jednak przyjęte, bywa często najzdolniejsze czy największą pociechą na starość.

[260]

Stwierdzenie, że dziecko nie chciane jest trudniejsze w wychowaniu, także jest uproszczeniem wcale nie zawsze tak bywa. Czasem to upragnione stwarza wielkie problemy. Ale, jak mówię: nie chodzi w tej chwili o dziecko, ale o matkę.

Wracałam kiedyś z Kongresu "Laissez-le vivre" z Paryża i na lotnisku w Warszawie okazało się, że na skutek spóźnienia nie mam połączenia z Krakowem i muszę czekać trzy godziny. Poszłam do kawiarni, gdzie spotkałam koleżankę ze studiów - nie widziałyśmy się 20 lat. Szereg pytań, jak to przy takim spotkaniu, i wreszcie padło pytanie: co robiłam w Paryżu? Wyjaśniłam, że to był kongres przeciwko ustawie zezwalającej zabijać dzieci, kongres w obronie poczętego, a nie narodzonego życia. Referowałam treść wykładów, podałam nazwiska prelegentów światowej sławy, streściłam wkład profesora Lejeune’a, ale nagle uświadomiłam sobie, że ona w ogóle nie słucha, nie patrzy na mnie, miesza i miesza machinalnie kawę i... płacze. Po policzkach tej dojrzałej kobiety spłynęły dwie łzy - nie ociera i nie patrzy na mnie, ale nagle, gdy ja przerwałam tok wypowiedzi, mówi cicho: "a mój syn miałby dziś 18 lat". Co tu powiedzieć? Nie jest zamężna...

Dostałam z Sądu Cywilnego zlecenie do zbadania psychiatrycznego pani, która zawarła umowę, a teraz chce ją zmienić. Rodzina twierdzi, że z powodu sklerozy łatwo ulega namowie i trzeba zbadać jej stan psychiczny. Idę do Zakładu Helclów - starsza pani nie ma śladu sklerozy mózgu, jest doskonale zorientowana, spokojnie wyjaśnia, że istotnie chce zmienić postanowienie, bo nie widzi powodu, dla którego dalsi krewni (bliskich nie ma) mieliby dostać jej niewielki zresztą majątek, skoro nawet jej nie odwiedzają, a młoda dziewczyna - pielęgniarka opiekuje się nią serdecznie. Pytam, wiedząc, że jest wdową: "A dzieci państwo nie mieliście?" Stara kobieta patrzy na mnie i mówi z westchnieniem: "Pan Bóg mnie pokarał, że na stare lata jestem tutaj. Jak bym troje dzieci nie zabiła, nie byłabym tu". Wprawdzie mieli dwóch synów, ale obaj nie żyją, jeden zginął w wypadku w kopalni, drugi umarł na zawał serca. Nikogo nie ma. Gdyby były córki, może zajęłyby się na starość matką. "Kara Boska" - powtarza. Mówię: "Pan Bóg jest miłosierny", a ona na to: "Pani, ale ja zapomnieć nie mogę; ile razy ja się z tego spowiadałam i nic nie pomaga".

Nie, i spowiedź nie zawsze pomaga; spowiedź jest przebaczeniem obiektywnym winy, ale ludzka psychika rozbita nie może się zagoić - nie zapomina. Czterdzieści lat cierpi ta kobieta - nie może zapomnieć.

Żadna z nich, z tych nieszczęsnych kobiet, nie zapomina, choć nieraz poczucie winy szuka sobie ujścia w agresji wobec innych kobiet ciężarnych. Poczucie winy jest głęboko zakorzenione, macierzyństwo bowiem wciąga kobietę w nurt największych zdarzeń, w samą istotę człowieczeństwa. Kobieta służąc życiu służy największej sprawie i gdy to zniszczy - zostaje pustka.

Miałam w Domu Kultury w Krakowie wykład dla dziewczynek o zaburzeniach okresu dojrzewania. Wykład otwarty, ogłoszony afiszami - mógł wejść każdy kto chciał, choć zaproszone zostały dziewczynki z klas ósmych i kilka takich klas przyprowadziły nauczycielki, które też zostały, aby posłuchać. Mówiłam o fizjologii kobiety, fizjologii macierzyństwa, pokazałam fotografie rozwoju dziecka i model naturalnej wielkości dziecka 3-miesięcznego przed urodzeniem. Nagle z kąta sali podeszła do mnie jakaś ciemno ubrana kobieta i zapytała: "Czy pani doktor pozwoli, że ja coś dziewczynkom powiem?"

Właściwie nie mogłam zrobić nic innego, jak zgodzić się. Weszła na podium - dałam jej mikrofon. Chwilę milczała, patrząc na trochę kręcące się i szepczące dziewczęta, a potem powiedziała: "Dziewczynki, ja kiedyś zabiłam dziecko. Nigdy tego nie róbcie. To... to jest klęska całego życia, nie róbcie tego". Głos jej się załamał, oddała mi mikrofon i szybko wyszła z sali. Na sali zapadła taka cisza, której się trudno było spodziewać przy takiej ilości dziewcząt. Przez chwilę i ja milczałam, a potem powiedziałam dziewczętom: "Cóż z tego, że prawo pozwala zabić dziecko, ale pozwolenie nie zmienia faktu, że niszcząc dziecko kobieta niszczy siebie samą".

Dziewczyny z Akademika prawie na siłę przywlokły do mnie koleżankę. Młodziutka (19 lat) z I-go roku polonistyki studentka chciała wyskoczyć oknem w nocy z 4-go piętra. Przytrzymały ją i rano przyprowadziły do mnie. Reaktywny zespół depresyjny w dwa tygodnie po przerwaniu ciąży. Pytam: "Dziecko, nie było nikogo, kto by cię od tego powstrzymał?" Zacięta, nie odzywa się nic. Dużo czasu kosztowało mnie nawiązanie z nią prawidłowego dialogu, a gdy się to udało, to wyznała, jak do tego doszło. Była cała narada rodzinna: siedem osób - rodzice, brat, bratowa, rodzice chłopaka, pani nauczycielka. I te siedem dorosłych osób skazało dziecko na śmierć. Dziewczyna płacze i mówi: "Gdyby choć jedna osoba powiedziała «nie rób tego», ja bym tego nigdy nie zrobiła. Jak ja teraz będę żyć?" Pytam, kto jest ojcem dziecka. Dziewczyna żywo reaguje: "Ja nie chcę go znać, ja go znienawidziłam".

Wiem, nieraz stwierdzałam takie reakcje - po zabiciu dziecka para młodych zrywa kontakt. [261]Przeciwnie, gdy dziecko się urodzi, zdarza się, że chłopak, który przedtem zostawił dziewczynę w tym trudnym okresie, wraca i sytuacja się rozwiązuje - zawierają małżeństwo. A tu siedem osób zaplanowało zabójstwo jednego maleństwa, umówili lekarza, przyjechali po nią taksówką, zapłacili za zabieg, przywieźli, odwieźli - zrobili wszystko, żeby... pozbyć się maleństwa. Zmowa dorosłych przeciwko dziecku.

Mogłabym z mojej trzydziestoletniej praktyki cytować przykłady bez końca. To nie są fikcyjne historie - to jest prawda.

Kobieta nosi w sobie na zawsze piętno dokonanej zbrodni, bo to jest zbrodnia, choć ludzie usiłują to nazwać inaczej. Śmierć dziecka nie jest lekarstwem na żadne trudności życiowe, niczego nie poprawia. Zatem ustawa, która zabrania zabijać dziecko, nie jest przeciwko matce, przeciwnie - USTAWA, KTÓRA ZAKAZUJE ZABIJANIA - RATUJE także matkę. Ratuje jej zdrowie fizyczne, psychiczne i moralne.

Ale nie tylko to zabicie dziecka jest pozornie prywatną sprawą kobiety, wielką na pewno niesprawiedliwością jest obarczanie odpowiedzialnością samej kobiety, zmuszanie jej do podjęcia decyzji w sprawie, która ma zasięg znaczenie większy niż jej własny los.

Ustawodawstwo tego typu, które pozwala zabijać, jest usankcjonowaniem bezprawia, bo zawsze jest bezprawiem decydowanie o czyimś życiu.

Rok temu byłam na kongresie w Szkocji i wśród referatów był jeden o eutanazji. Referentka podała, iż w Anglii starzy ludzie boją się iść do szpitali, gdyż lekarze - zwolennicy eutanazji - otwarcie przyznają, że to czynią, i stary człowiek boi się, że jak pójdzie do szpitala, to nie wróci do domu, bo pan doktor mu zgotuje tzw. mercy death: łagodną śmierć zastrzykiem (to też znam z obozu w Ravensbrück).

Zabić bezbronnego chorego czy zabić maleństwo bezbronne to dokładnie taka sama zbrodnia. Oznacza to, że medycyna zamiast leczyć zabija. Lekarze są na etacie katów czy wręcz siepaczy herodowych.

O karze śmierci dla zbrodniarzy toczy się szeroka dyskusja, a tu bez dyskusji pozwala się bezkarnie zabijać.

Ustawa, którą mamy od 1956 r., wychowała nam pokolenia lekarzy, którzy w ogóle lekarzami nazywać się nie powinni; nie leczą - na pewno nie leczą (nawet gdy matka chora, to śmierć dziecka nie jest lekarstwem na żadną chorobę). Ustawa, która pozwala zabijać dziecko, demoralizuje ludzi - za zbrodnię musi być kara.

Ojciec Święty o tym powiedział: "Ta zbrodnia woła o pomstę do nieba". Karać - kara jest środkiem wychowawczym i nie chodzi o to, jak się ją określi, ale jeśli to będzie niedozwolone, to nie tylko dziecko jest uratowane, ale przede wszystkim uratowana matka, która będzie mogła spokojnie nosić dziecko, bez strachu, że ją zmuszą do zabicia dziecka.

To nie jest prawda, że normalne kobiety chcą zabijać dzieci, one czują się zmuszone, nie widzą innego wyjścia z sytuacji, w którą zostały wciągnięte. Różne są historie tych kobiet, ale wydaje mi się, że - jak to kiedyś napisał stary profesor neurofizjologii prof. Chauchard - żadna kobieta w świecie nie zabiłaby dziecka, gdyby ojciec dziecka podjął pełną odpowiedzialność za jego los. A gdzież są ci ojcowie? Przecież te tysiące dzieci zabijanych to od początku półsieroty bez ojców, a przecież akt zapładniający był jego czynem i może gdyby groziła mu kara, to ten mężczyzna, lekkomyślny przecież, może by się tej kary zląkł i potrafiłby chociaż ze strachu pokierować swoim zachowaniem seksualnym na tyle, by ominąć te parę dni płodności kobiety i nie skazywać dziecka na niepewny los.

Ustawa, która bezkarnie pozwala zabijać dzieci, jest zarazem przyczyną infantylizacji mężczyzn. Nieodpowiedzialny, egoistyczny mężczyzna nie pojmuje właściwego wymiaru aktu seksualnego i traktuje go jak czynność relaksową, jedynie dla swojej przyjemności używając kobiety jak, nie przymierzając, chustki do nosa w razie kataru.

Mam aktualnie pod opieką psychiatryczną młodzieńca 18-letniego, który już trzecią dziewczynę wysyła w tej samej sprawie do ginekologa, tylko, że ta trzecia trafiła do mnie i dziecko się urodzi. Skrzywdził dziewczyny, spowodował śmierć dzieci i beztrosko, bezkarnie czyni to dalej. To są skutki ustawy, jaką mamy nieszczęście w Polsce posiadać. Ustawa dokonała już zniszczenia w narodzie - spowodowała demoralizację lekarzy, demoralizację mężczyzn, tragiczny los rozbitych i porzuconych kobiet, a nawet jeśli nie porzuconych, to zgnębionych. Oczywiście, że musi być kara, trzeba karać sprawcę - potrzebna ustawa po to, żeby powstrzymać tę falę holocaustu w Polsce.

Zresztą jest jeszcze jeden aspekt tej pozornie prywatnej sprawy: jest naród, jest ta Matka, którą piszemy z dużej litery - Matka Ojczyzna. Nie wiem, czy wszyscy wiedzą, jakie były metody Hitlera wobec Narodu Polskiego? W jednym z pierwszych manifestów posłanych do Generalnej Gubernii był bardzo znamienny punkt: "Nie karać spędzania płodu i szerzyć środki antykoncep[262]cyjne, a to w celu zniszczenia narodu polskiego".

Gdy na Kongresie Międzynarodowym w Londynie była mowa o skutkach wojny dla poszczególnych narodów, jeden z lekarzy niemieckich powiedział, że właściwie nie wiadomo, czemu Polacy mają pretensje do Niemców, skoro sami sobie wyrżnęli dwa razy więcej ludzi niż cała wojna.

No, właśnie własnymi rękami - rękami polskich lekarzy.

Jak byłam młoda, w drużynie harcerskiej śpiewałyśmy piosenkę Myśmy przyszłością narodu. A cóż się może zmienić? Zawsze młodzi są przyszłością narodu i zawsze bez młodzieży nie ma przyszłości.

Te gardłujące za swobodą zabijania dzieci osoby mogłyby przynajmniej podziękować Bogu za to, że ich matki z tego «dobrodziejstwa» wtedy nie skorzystały, bo gdyby skorzystały, to ich by też na tym świecie nie było.

Ustawa, która zabrania zabijać, chroni nie tylko dziecko i matkę, ale cały naród, ten sam, o którym śpiewamy, że chcemy, żeby nie zginęła ta Ojczyzna. Przecież naród składa się z ludzi i nie jest to obojętne ani ilu ich jest, ani jacy oni są.

Jeżeli ten jedyny w dziejach świata Polak-Papież wołał w Warszawie potężnym głosem: "Niech przyjdzie Duch i odmieni oblicze ziemi, tej ziemi" - to bądźcie pewni, że o tym też myślał: niech odmieni oblicze tej ziemi, żeby nie spływała krwią niewinnych.

Demagogiczne dyskusje o wysokości kary, o zamykaniu kobiet do więzienia są po to, aby zamydlić oczy, żeby dalej niszczyć nasz naród. Ustawa jako taka nie ma na celu wsadzania kobiet do więzienia, ale ma je powstrzymać od tej decyzji, która jest dla każdej tragedią, a dla narodu dramatem dziejowym. Chodzi o powstrzymanie tej fali zła, o barierę ochronną, która broni przed zagładą.

I wreszcie o cóż chodzi? Właśnie chodzi o to, by dać kobiecie broń do ręki, żeby miała czym się bronić przed tymi, co ją pchają do zbrodni, przed ojcem dziecka, który ją oskarża, że to jej "wina", że zaszła w ciążę, i przed lekarzem, który ją namawia i straszy, że nie urodzi, a sam z krwawych pieniędzy buduje sobie willę w Zakopanem.

Gdy ci ojcowie i ci lekarze, i całe społeczeństwo przestaną naciskać na kobiety w ciąży, to bądźcie spokojni, że nie będzie trzeba nikogo karać.

Ojciec Święty mówiąc o tym w Krakowie jako biskup powiedział: "W tej sprawie nie ma niewinnych, wszyscy jesteśmy winni, że zabija się dzieci, całe społeczeństwo". I jedynie ustawa, która wreszcie tego zabroni i zagrozi karą, może uratować nasze społeczeństwo, zagrożone nie tylko w swojej moralności, ale także w biologicznej egzystencji.

Pora, żeby w walce o prawdziwe wartości przywrócić kobiecie radość macierzyństwa, by ciążę - jak mawiali kiedyś ojcowie nasi - nazywano "stanem błogosławionym", by dać kobiecie czystą radość z uśmiechu dziecka.

Wanda Półtawska
z Papieskiej Rady ds. Rodziny


Intencja Krucjaty Modlitwy w obronie poczętych dzieci na wrzesień:

Aby poczęty człowiek nigdy nie był przedmiotem eksperymentów naukowych.

[s. 262]