Wywiad z br. Patrycym M. Gumiennym.
J.D.: Bracie Misjonarzu, kiedy i jak zrodziło się powołanie misyjne Brata?
P.G.: Już 50 lat temu, kiedy przybyłem do Niepokalanowa, zrozumiałem, że celem tego klasztoru jest zdobyć świat dla Niepokalanej, a przez Nią dla Chrystusa. Wkrótce po wojnie złożyłem podanie o pozwolenie na wyjazd na misje, myśląc wtedy o Japonii. Niestety, w owym czasie było niemożliwe otrzymać paszport. Lata mijały bez widoku na zmianę. By mimo wszystko urzeczywistnić swój ideał misyjny, zacząłem tworzyć wśród dzieci i młodzieży grupy różańcowe MI do wspierania misji na zapleczu modlitwą i zaofiarowaniem Niepokalanej pracy i cierpień. Miałem pociechę, że niektórzy z tych grup poświęcili się na służbę Bożą w zakonie lub kapłaństwie. Zapewne te grupy wyprosiły mi łaskę, że w roku 1968, gdy już miałem pięćdziesiątkę na barkach, mogłem udać [263]się na misje, choć nie do Japonii, by pomóc Bratu Zenonowi Żebrowskiemu, lecz do Zambii. Razem ze mną wyjechał br. Tymoteusz Mucha, a w rok po nas trzej inni bracia niepokalanowscy: br. Zdzisław Łuszcz, br. Cyrion Sobiech i br. Zefiryn Ostaszewski.
J.D.: Ci trzej ostatni bracia zajęli się pracą wydawniczą w Ndoli, br. Tymoteusz pracuje dotąd w lbenga jako szofer i mechanik, a Bratu przypadła działalność charytatywno-społeczna.
P.G.: Od początku przebywam na Misji Św. Teresy w Ibenga, gdzie powierzono mi obowiązek zaopatrzeniowca, gospodarza. Trzeba było zaopatrywać w żywność i we wszystko, co potrzebne do życia, klasztor franciszkański, pobliskie liceum z ponad 600 uczennicami, prowadzone przez siostry dominikanki, i szpital sióstr franciszkanek, w którym stale przebywa od 150 do 250 chorych. Jednak nie spoglądałem też obojętnie na biedotę, której było pełno w okolicy. Kiedy w roku 1974 w pobliżu naszej placówki misyjnej umarła z głodu matka czworga dzieci, którym wszystko co mogła oddawała, przełożony na kapitule klasztornej oświadczył: "Musimy wydelegować jednego z braci, by zajął się biednymi na terenie naszej misji, aby nie dochodziło do takich wypadków, jak z tą matką". Kapituła zleciła mi to zadanie, nie zwalniając jednak z dotychczasowego obowiązku. Zacząłem od wspierania tych, co zgłaszali się o pomoc do furty klasztornej. Do dziś raz w miesiącu - w pierwszy piątek - rozdaję w większej ilości żywność, a dwa razy w roku odzież. Potem przyszła kolej na akcje bardziej zorganizowane. W 1975 r. w odległości 5 km od lbengi powstaje tzw. Chibote (Pokój), wioska dla trędowatych żyjących dotąd w buszu w skrajnej nędzy. Zbudowaliśmy dla nich domy (20 domów jednorodzinnych i dom z 30 pokojami dla osób samotnych) oraz założyli ogrody i hodowlę trzody chlewnej i drobiu, by mieli się z czego utrzymać. Wkrótce potem bezdomni starcy w Ibenga otrzymali kilka domów i stałą opiekę. Zjawiam się tu niemal codziennie. Wiele pomagam pobliskiemu osiedlu dla niewidomych w Masaiti, m.in. zbudowałem im most na rzece Kafulafuta, który skrócił im drogę do Misji z 6 km do 1 km. Ojciec widział te osiedla w czasie swej wizyty w Zambii w roku 1981. Wspieram też cztery inne osiedla dla niewidomych. Dalsze dzieła, które dane mi było zapoczątkować, to szkoła podstawowa dla 300 dzieci w Gondwe, gdzie mieszka wielu "świadków Jehowy", i kursy - szkoły krawieckie, na których uczy się szycia i szyje się ubrania dla biednych. Dla starców i chorych opuszczonych w buszu organizuję stałą pomoc. Dla potrzeb duchowych zostały zbudowane trzy kościoły: Św. Maksymiliana w Kawama-Ndoli, Świętego Krzyża w Masaiti Borna i Bł. Marii Teresy Ledóchowskiej w Kasamba oraz kilka kaplic w buszu.
J.D.: Skąd czerpie Brat na to wszystko fundusze?
P.G.: Kiedy wydelegowano mnie do pracy charytatywnej, miałem tylko błogosławieństwo przełożonego, gdyż Misja z trudem zaradza zwyczajnym potrzebom duszpasterskim. Postanowiłem więc naśladować Brata Zenona nie tylko w trosce o najbiedniejszych, ale i w jego całkowitym zaufaniu Opatrzności Bożej przez Niepokalaną. W pokornej modlitwie zwracam się wciąż do Matki Bożej i św. Józefa, a jednocześnie utrzymuję kontakt listowny z Niepokalanowem, moimi grupami różańcowymi, z różnymi rodakami na obczyźnie i również obcokrajowcami, wskazując na potrzeby i dziękując za każdą pomoc. Nie zawodzę się. Były lata, kiedy otrzymywałem z Polski rocznie 700 paczek i więcej, głównie z odzieżą. Nieraz byłem zdumiony i rozrzewniony, kiedy w święto Niepokalanej czy uroczystość św. Józefa otrzymywałem 50 czy 80 paczek oraz kilkaset dolarów. Gdy w 1981 r. ustała pomoc z Polski, zaczęli mnie wspierać Czesi i Niemcy, nawet luteranie. Staram się być roztropnym szafarzem darów, które otrzymuję od czcicieli Niepokalanej. Jeżeli widzę, że ktoś znajduje się naprawdę w potrzebie, nie liczę się z tym, że mam w kasie niewiele, ale daję, bo wiem, że skąpstwo wiąże ręce Opatrzności Bożej. I przekonuję się, że im więcej rozdaję, tym więcej otrzymuję.
J.D.: Jak ta działalność służy sprawie Niepokalanej, to jest nawracaniu i uświęcaniu dusz?
P.G.: W Afryce (zresztą nie tylko) najbardziej przemawia katolicyzm czynu, wprowadzanie Ewangelii miłości w życie. Pomagam wszystkim, nie tylko katolikom. Zachęcam tylko podopiecznych do modlitwy za dobrodziejów i za te modlitwy wciąż im dziękuję, nieraz pokazując, jak są one skuteczne, a to biednych jeszcze bardziej mobilizuje. Oni sami starają się być ofiarni, zwłaszcza nowoochrzczeni, którzy przypominają pierwszych chrześcijan: są solidami, nie pozwolą głodować drugiemu, ale dzielą się jak mogą. Dzielnie wspierają mnie katechiści i członkowie MI z czystej miłości do Niepokalanej. Przez wiele lat był moją prawą ręką Paweł Shamboko (†1982), nawrócony z anglikanizmu, który oddał się bez reszty katechizacji i pracy charytatywnej na placówkach w buszu. Między innymi nawrócił wielu "świadków Jehowy". W Ibenga odbywają się często dni skupienia, rekolekcje, zjazdy Rycerstwa Niepokalanej i innych stowarzyszeń, więc mówię zebranym o św. Maksymilianie, o jego ideale MI, o jego heroicznej miłości, a również zasilam ich w odpowiednie druki w języku angielskim, co ich wiąże ściślej z Niepokalaną i uaktywnia. To samo dotyczy naszego liceum, gdzie gorliwie szerzy MI s. Irena, misjonarka niemiecka. Niejeden z tych, którzy zetknęli się ze mną w Ibenga, spotyka mnie po latach i mówi: "Tak postępuję, jak Brat mnie pouczył". Duch św. Maksymiliana ogarnia coraz większe rzesze Zambijczyków, nad czym pracują też moi współbracia. Duchem Męczennika miłości staram się natchnąć również ofiarodawców. Wszyscy służymy sprawie Niepokalanej.
J.D.: Przyjechał Brat teraz na zasłużony odpoczynek.
P.G.: Zazwyczaj odwiedzałem Ojczyznę co pięć lat, a tym razem przybyłem tu po czterech latach, zaproszony przez Ojca Prowincjała, abym wziął udział w złotym jubileuszu naszej Prowincji Matki Bożej Niepokalanej, z którym się zbiega 50 lat mojego wstąpienia do Niepokalanowa. Skończyłem też ostatnio 70 lat życia, więc trzeba ulżyć "osiołkowi", choć czeka mnie wiele wizyt u dobrodziejów oraz spotkań z grupami różańcowymi, którym pragnę podziękować za pomoc. Właśnie wracam z NRD, gdzie zostałem zaproszony przez studentów protestanckich, którzy wspierają moich podopiecznych, abym wziął udział w Kongresie ekumenicznym, jaki się odbył w Lipsku w dniach od 6 do 9 lipca przy udziale stu tysięcy ludzi. Wśród moich studentów wyczułem wielką tęsknotę za jednością Kościoła. Nie dam rady zobaczyć się ze wszystkimi dobrodziejami, więc za pośrednictwem "Rycerza" pozdrawiam wszystkich oraz składam wszystkim i każdemu z osobna serdeczne "Bóg zapłać przez Niepokalaną!".
J.D.: A ja w imieniu wszystkich Czytelników "Rycerza" dziękuję Drogiemu Bratu za trud misyjny i przykład miłości bliźniego. I życzę dalszej opieki Niepokalanej.
Rozmawiał o. Jerzy Domański


