Refleksje z okazji kanonizacji bł. Alberta Chmielowskiego
Sobór Watykański II mówi: "Wszyscy w Kościele... powołani są do świętości zgodnie ze słowami Apostoła: «Albowiem wolą Bożą jest uświęcenie wasze» (1 Tes 4,3)" (LG 39). Cytowane słowa, umieszczone w tak ważnym dokumencie, jak Konstytucja dogmatyczna o Kościele, ukazują nam, jak ważny obowiązek stoi przed każdym z nas. Wezwani jesteśmy do świętości wszyscy- papież, biskupi, kapłani, zakonnicy, małżonkowie, osoby samotne, zdrowi, chorzy, uczeni i ludzie bez wykształcenia - każdy niezależnie od zawodu, majątku, stanowiska. Ty, ja, nasz sąsiad, kolega i nasz nieznajomy. Jak wypełniamy to swoje powołanie?
Polacy wyniesieni na ołtarze za naszych czasów
W niektórych wypadkach Kościół uroczyście orzeka, że ktoś wypełnił obowiązek troski o własne uświęcenie w stopniu heroicznym. Tego orzeczenia dokonuje przez kanonizację, poprzedzoną beatyfikacją. Za naszych czasów Kościół wyniósł na ołtarze, czyli orzekł o heroicznym stopniu świętości, dziewięcioro Polaków: św. Maksymiliana Kolbego, bł. Marię Teresę Ledóchowską, bł. Urszulę Ledóchowską, bł. Rafała Kalinowskiego, bł. Alberta Chmielowskiego, bł. Michała Kozala, bł. Karolinę Kózkównę, bł. Honorata [309]Koźmińskiego, bł. Franciszkę Siedliską. Spośród nich św. Maksymilian został już kanonizowany, a bł. Albert będzie kanonizowany 12 listopada bieżącego roku.
Kiedy lecieliśmy w 1971 r. na beatyfikację św. Maksymiliana, wydarzenie wydawało się nam nieprawdopodobne. Kiedy w 1982 r. nastąpiła jego kanonizacja, niektórzy pytali: tak szybko? A było to przecież jedenaście lat po beatyfikacji. Kanonizacja Brata Alberta następuje sześć lat po jego beatyfikacji. Znowu niektórzy mówią: tak szybko! Były jednak w dziejach Kościoła prędsze kanonizacje. Św. Franciszek z Asyżu został kanonizowany niecałe dwa lata po śmierci. Kanonizacja Brata Alberta ma miejsce 73 lata po jego śmierci. Ale św. Stanisław Szczepanowski był kanonizowany 175 lat po śmierci, a św. Andrzej Bobola 281 lat. Do kanonizacji potrzebny jest cud. Brat Albert swoim wstawiennictwem wyprosił u Boga cud uzdrowienia konającego dziecka. Lekarze stwierdzili, że nie da się tego uzdrowienia wyjaśnić siłami naturalnymi, a władza kościelna orzekła, że cud należy przypisać wstawiennictwu bł. Brata Alberta. I tak do historii kultu świętych wejdzie jeszcze jedno orzeczenie, że Adam Chmielowski, Brat Albert, wypełnił doskonale obowiązek dążenia do doskonałości.
Święty to człowiek, który na serio potraktował swoje powołanie do świętości. Św. Maksymilian Kolbe odnotował np. w 1920 r. w Regulaminie życia: "Muszę być świętym jak największym". Wówczas nie wiedział, że na wypełnienie tego zadania zostawia mu Bóg jeszcze 21 lat życia. Zadanie to spełniał jednak tak, jakby miał umrzeć dnia następnego. Święty to ten, kto nie odkłada na jutro trudu związanego z własnym doskonaleniem. Podobne postanowienie, jak św. Maksymilian, zrobił bł. Honorat Koźmiński.
Droga Brata Alberta do świętości
Brat Albert należy do tych świętych, którzy nie zapisali w swoich notatkach, że muszą być świętymi. Ale w jego notatkach odnajdujemy dowody wysiłku podejmowanego dla własnego uświęcenia. Na podstawie, niezbyt licznych zresztą, jego pism możemy śledzić jego wizję świętości. Na podstawie natomiast jego czynów możemy widzieć, jak zrealizował on swoją teorię świętości. Świętość według niego to wielka bezinteresowność, zarówno wobec Boga, jak i wobec ludzi. Uważał, że Panu Jezusowi należy oddać wszystko, a za to nic nie chcieć. Świętość to zupełne zaufanie Bogu. "Zdać wszystko na Boga", "oddać się Bożej Opatrzności" - to myśli, które często wracały na usta Brata Alberta i wychodziły spod jego pióra. Świętość to przyjęcie cierpienia, to cierpliwe niesienie krzyża. Silę do takiej postawy należy czerpać z modlitwy. "Jaka modlitwa, taka doskonałość" - zanotował. Świętość według Brata Alberta to następnie ciągłe zjednoczenie z Bogiem. "Dla złączenia z Bogiem należy wszystko poświęcić" - wyznał innym razem. Świętość to również troska o to, żeby nie obrazić Boga nawet najmniejszym grzechem. "Raczej umrzeć niż zgrzeszyć powszednio" - postanowił podczas jednych rekolekcji. Świętość to oderwanie od osób i rzeczy. "Odrzucić cudzych bogów, czyli przywiązania i afekcje serca" - zapisał w notatniku. Świętość to przekonanie o zupełnej zależności od Boga. Pytał: "Skąd wziąłem byt? - od Boga. [310]Kto utrzymuje mój byt? - Pan Bóg". Dlatego nie można Bogu niczego odmówić. Dlatego również wyrażał gotowość "na krzyż i na śmierć".
Za tymi wzniosłymi słowami szło pełne samozaparcia, oddane Bogu i ludziom życie. Gotowość Brata Alberta "na krzyż" była nie tylko teorią, ale również wytrwałą praktyką. Świadomy niebezpieczeństw, jakie kryją się na drodze świętości, uważnie śledził swoje niedoskonałości i starał się je usuwać. Wiemy, że na polecenie lekarza palił papierosy. Ale właśnie dlatego "tabaka" pojawia się wśród jego notatek jako przypomnienie, że ma się w tej dziedzinie ograniczać. Umartwiał swój smak, ciekawość, język, walczył z niedbałością, jaka wydawała mu się wkraczać w jego życie poświęcone Bogu. Rezygnował z nadarzających się przyjemności. Te różne rezygnacje były tematem jego postanowień, ale przede wszy[s]tkim były nieustannym świadectwem jego wiary w wartości krzyża. Uwidoczniło się to szczególnie w jego podejściu do ubóstwa. Była to postawa na wskroś franciszkańska. Nie posiadał sam żadnej własności ani nie godził się, żeby ją posiadały jego zgromadzenia zakonne. Żył tak ubogo, że zdarzały się wypadki, iż brano go za żebraka. A przecież był to malarz, w dodatku pochodzenia szlacheckiego. I było to w czasie, kiedy przesądy o pochodzeniu i wyższości klasowej szlachty były jeszcze bardzo silne.
Brat Albert uczył się świętości w rozważaniu tajemnicy krzyża. Droga jego świętości to droga krzyżowa, nie wypracowana jednak w ciszy celi jakiegoś surowego zakonu kontemplacyjnego, ale odkryta wśród nędzy bezdomnych na Kazimierzu w Krakowie. Jeżeli szukamy nadzwyczajności na drodze świętości albertyńskiej, to była ona w przyjęciu tej nędzy. To było bardzo proste i zarazem bardzo nowoczesne. I było to zarazem heroiczne. Trzeba było heroizmu, żeby zamieszkać w "grzewalni", wśród włóczęgów, stać się ich sługą, być gryzionym przez ich wszy, śmierdzieć ich zapachem, oddychać ich wyziewami, słuchać ich przekleństw itd., a równocześnie być wiernym wszelkim Bożym wymaganiom. To zrobił Brat Albert, cieszący się coraz większym uznaniem malarz, człowiek krakowskich salonów. To było prawdziwe poświęcenie, krzyż bez wyszukiwania nadzwyczajnych środków umartwienia. Przez ten krzyż Brat Albert zbliżał się do tych, którzy cierpieli, a nie wiedzieli nawet, jak wielką wartość stanowi ich cierpienie.
Brat Albert na służbie nędzarzy
Przez kanonizację Brata Alberta Kościół wyrazi uznanie dla jego drogi i dla drogi tych, którzy zapragnęli go naśladować. Ale chyba kanonizacja ta stanowić będzie również uznanie wyrażone przez Namiestnika Chrystusowego dla cierpienia i drogi tych, którym Brat Albert służył i do których upodobnił się we wszystkim, z wyjątkiem grzechu. Oni go swoim cierpieniem i ubóstwem zaprosili, aby się stał jednym z nich. Ich krzyż wydawał się innym tak nieciekawy i bezwartościowy, że ich nawet nie zauważali. Adam Chmielowski ich zauważył i w wieku "pełni sił twórczych", jak mówi Brewiarz, pod płaszczem ich nędzy ukrył swoją wielkość.
Mówi się, że Brat Albert zbliżył habit zakonny do roboczej bluzy. On zrobił jednak coś więcej. On zbliżył krakowskie salony do nor ludzkiej nędzy. Stał się łącznikiem między dwoma krańcami ludzkiego bytowania. Ten człowiek, organizator domów - "przytulisk", jak je nazywał - dla najbiedniejszych, bywał dalej w domach arystokracji. Gościł tam w tym samym habicie, w jakim służył ubogim. W domy bogaczy wnosił świadomość, że na końcu tej samej linii ludzkiego istnienia, na której w najwygodniejszym miejscu uplasowali się oni, tonący w nadmiarze dóbr, znajdują się również prawdziwi ludzie, umierający z zimna i głodu. Trzeba im dopomóc, podać im rękę, jeżeli nie tak jak on, to przynajmniej zauważając ich nędzę i ratując ich przed zimnem i głodem. W ten sposób Brat Albert łączył bogatych z biednymi. Świętość to umiejętność jednoczenia wszystkich.
Takiej świętości uczył się Brat Albert długo. Już jako student malarstwa w Monachium zastanawiał się nad "budowaniem świata na Ewangelii". Rozumieć Ewangelię uczył się w nowicjacie ojców jezuitów w Starej Wsi koło Sanoka. Potem uczył się jej wnikając w ducha Reguły Trzeciego Zakonu św. Franciszka, [311]propagując ten Zakon wśród mieszkańców Podola, a następnie Krakowa. Umiał znaleźć czas na modlitwę w ciszy kamedulskiego eremu na Bielanach koło Krakowa. Zawsze umiał znaleźć czas na wypełnienie obowiązku niedzielnej Mszy św. jeszcze jako człowiek świecki. Na drodze realizacji powołania do świętości niemałą rolę w życiu Adama Chmielowskiego odegrało jego włączenie się w Konferencje św. Wincentego a Paulo. Przez nie ostatecznie uformował się w sługę najuboższych. W 1887 r., w czterdziestym drugim roku życia, został Bratem Albertem, podkreślając zmianę, jaka dokonała się w jego chrześcijańskiej duszy, ubraniem habitu św. Franciszka. Rok później złożył profesję na trzy rady ewangeliczne, zobowiązując się do praktyki ubóstwa, czystości i posłuszeństwa, a w ten sposób do wykonania owego "więcej", o jakim mówi Sobór Watykański IIe, a jakiego Bóg żąda od niektórych tylko chrześcijan. Brat Albert usłyszał to Boże żądanie, nie odmówił. Święci nie umieją odmawiać Bogu. W tym leży również siła ich oddziaływania.
Śladem Brata Alberta
U Brata Alberta była ona tak wielka, że już w 1888 r. zaczęła się gromadzić wokół niego wspólnota mężczyzn, którą od jego imienia ludzie nazwali albertynami. W 1891 r. w jego ślady poszła podobna wspólnota kobiet zwanych albertynkami. Podobnie jak on, ci ludzie poświęcili swoje życie służbie najuboższym. Siłą, która ich zgromadziła i skłoniła do obrania bardzo ubogiego stylu życia i jeszcze bardziej pokornej i trudnej pracy, była miłość. To ona uczyła ich całkowitego oddania Bogu i ona ukazywała im Boga w bliźnich. Świętość to miłość. Dlatego Sobór Watykański II mówiąc o powołaniu do świętości nazwał ją drogą doskonałej miłości.
Na koniec dodajmy jeszcze jedno. Na tej drodze Brata Alberta szczególną rolę odegrała Maryja. Ona najpełniej zawierzyła Miłości, jaką jest Bóg. Ona najlepiej wypełniła przykazanie miłości. Brat Albert oddał Matce Bożej siebie i swoje życie. Jej przypisywał powstanie swoich zgromadzeń. nazwał Ją ich Fundatorką. Pewnego razu tak się do Niej modlił: "Najświętsza Pani, zdaję się na Twoją łaskę, daj żebrakowi co chcesz, albo nie daj, wedle Twej łaski i woli". Było to całkowite oddanie się Jej. Ją obrał za swoją opiekunkę. Postanowił czcić Ją "osobnym nabożeństwem przez cały ciąg życia i całą wieczność". Postanowienia tego dopełnił. Różaniec był nieodłącznym jego towarzyszem. Że czci Ją i "przez całą wieczność", orzeka teraz Kościół uroczystym aktem kanonizacji.
Maryja dała "żebrakowi", co miała najlepszego: poprowadziła go drogą wiernego wypełnienia powołania do świętości. Ułatwiła mu osiągnięcie świętości, na której tak bardzo zależało Jej Synowi, gdy nas wzywa: "Świętymi bądźcie".
Pomyśl o tym, że to wezwanie skierowane jest również do Ciebie.


