Część III Pożycie intymne
Znak miłości i płodności
Pożycie seksualne, czyli tzw. seks, nazywa się często "znakiem miłości". Jest to określenie słuszne, ale z zastrzeżeniem, że musi to być miłość erotyczna pełna i prawdziwa, a więc małżeńska, potwierdzona ślubną przysięgą i prawidłowo rozumiana. Niestety, nader często seks traktowany jest tylko jako "znak przyjemności". A dążąc do tej przyjemności i do zaspokojenia popędu często zapomina się o tym, że w swej biologicznej treści akt seksualny jest po prostu "znakiem płodności", ważnym ogniwem w łańcuchu procesów rozrodu. Przykładem takiego "zapomnienia" może być przerażona swym stanem dziewczyna w ciąży albo mąż mający pretensję do żony, że znów zaszła w ciążę. Czyż ci ludzie nie wiedzieli, co robią? Czy byli nieuświadomieni? Nie - oni tylko sugerując się w błędny sposób znakiem "miłości" czy "przyjemności" zapomnieli o znaku "płodności".
Ale płodność ludzka to nie tylko sprawa cielesna, lecz i duchowa. Dziecko, które przychodzi na świat, to nie tylko ciało, które trzeba wykarmić i przyodziać, lecz to również dusza, którą trzeba rozwinąć przez wychowanie. Obie te sprawy wymagają długofalowych, wieloletnich starań, wymagają miłości do dziecka, a także najściślejszej więzi między jego rodzicami, ich wzajemnej miłości i współpracy. Płodność ludzka jest nierozerwalnie złączona z miłością między mężczyzną i kobietą i na odwrót, ta miłość i najściślejsza więź ma swój cel i ukoronowanie w płodności, w powstaniu nowego człowieka, który ma być zrodzony z miłości i powołany do miłości. Taki jest w tej dziedzinie stworzony przez Boga porządek. Akt seksualny jest najgłębszym wyrazem duchowo-cielesnej więzi, która z natury swej jest płodna: Toteż tylko małżeństwo może być terenem pożycia seksualnego, bo tylko ono stwarza warunki dla prawidłowej miłości i moralnej godziwości płodzenia. Seksualna przyjemność ma swą ważną rolę, lecz jest to rola służebna wobec miłości i płodności.
Wiara nam mówi, że człowiek jest istotą powołaną do świętości, do wiecznego życia z Bogiem. Również i "mechanizm" ludzkiego rozrodu jest naznaczony "piętnem świętości". Stwórca powierza tę sprawę parze ludzkiej powołując ją do rodzicielstwa, a więc do współpracy z Nim samym w dziele stworzenia człowieka. Oni - mężczyzna i kobieta - dają zawiązki biologiczne, a Bóg stwarza i dodaje duszę.
Płodność jest więc cennym darem, którym mamy rozumnie i z należytym szacunkiem dysponować. Dla słusznych i ważnych powodów można z daru tego nie korzystać, lecz nie wolno go świadomie i celowo niszczyć, gdyż obraża to Dawcę, burzy i przekreśla ustanowiony przez Boga porządek w sferze płciowej.
Zauważmy przy tym, że Kościół, jako "ambasada" Boga i przekaziciel Jego praw, bynajmniej nie nakazuje wielodzietności, która mogłaby zbytnio obciążać małżeństwo ze szkodą dla samych dzieci. Zaleca tzw. rozumną ich liczbę - tyle dzieci, ile dane małżeństwo może prawidłowo wychować.
Płodność męska jest olbrzymia (setki milionów plemników przy jednym stosunku), ale by powstała ciąża, musi ona spotkać się z płodnością kobiecą, która jest minimalna (raz na miesiąc jedna komórka jajowa, która żyje bardzo krótko). W cyklu miesięcznym kobiety jest znaczna przewaga dni "bezpłodnych" (gdy pożycie nie prowadzi do ciąży). Znajomość tych spraw pozwala na dowolne wyzyskiwanie dla pożycia dni płodnych (gdy się chce począć dziecko) lub bezpłodnych (gdy następna ciąża byłaby niepożądana). Ta zalecana przez Kościół metoda, zwana naturalną, jest w pełni zgodna z prawem Bożym, nie niszczy płodności, lecz rozumnie nią steruje, jest przy tym zupełnie pewna i wolna od tych licznych szkodliwości dla zdrowia, jakimi obarczone są metody sztuczne, niszczące płodność.
Z metodą naturalną wiążą się dwa warunki: 1) trzeba się jej nauczyć (wskazówek udzielają poradnie parafialne), 2) dla unikania ciąży trzeba zachować wstrzemięźliwość w dniach "płodnych". Pożycie w dniach bezpłodnych służy umacnianiu więzi i miłości między małżonkami, co pośrednio ma znaczenie dla dzieci stwarzając im lepszą atmosferę wychowawczą.
Grzeszność antykoncepcji
Do metod niszczących płodność pożycia należą: stosunek przerywany, środki antykoncepcyjne mechaniczne i chemiczne, prezerwatywy (kondony), doustne tabletki antyowulacyjne (hormonalne) oraz wkładki domaciczne, czyli tzw. spiralki (działanie wczesna-poronne), i przerwanie ciąży. Ostatnie dwie metody to zabijanie człowieka we wczesnym okresie jego rozwoju. Stosując metody przeciwne naturze i prawu Bożemu, małżonkowie popełniają grzechy ciężkie. Również ciężkim grzechem jest sterylizacja, czyli zniszczenie płodności człowieka już na stale.
Problem grzeszności antykoncepcji - czy ogólnie biorąc niszczenia płodności - sprawia wielu katolikom niemałe trudności. "Cóż za różnica - mówią ci ludzie - czy zastosujemy środki sztuczne, czy metodę naturalną? przecież chodzi o intencję, a ta w obu wypadkach jest ta sama: nie dopuścić do zapłodnienia".
Podkreślałam już wyżej, jak bardzo istotny jest dla katolika stworzony przez Boga porządek i złączona z nim hierarchia wartości. Tu właśnie leży istotna różnica między postawą antykoncepcyjną, a postawą posłuszeństwa Bogu, który jako Twórca procesów płciowych i rozrodczych najlepiej wie, jak one powinny być realizowane, i daje nam co do tego przepisy. Stosując według tych zasad wyłożonych przez Kościół naturalną metodę regulacji poczęć małżonkowie okazują szacunek dla ustanowionego przez Boga porządku, w którym istotną cechą aktu płciowego jest płodność, a najwyższą wartością jest przychodzący na świat nowy człowiek. Widząc tę bezcenną wartość w dziecku małżeństwa takie często świadomie planują kilkoro dzieci, a gdyby zdarzyła się ciąża nie planowana, nigdy by jej nie przerwali przyjmując i to dziecko z miłością. Nigdy nie zabiliby płodu wiedząc i rozumiejąc, że życie ludzkie jest święte w każdym okresie swego trwania.
Stosowanie antykoncepcji łączy się z zupełnie inną hierarchią wartości. Tu za najwyższą wartość uważa się cielesną przyjemność, płodność jest czymś, co trzeba najstaranniej niszczyć, ciąża, jeśli się zdarzy, uważana jest za nieszczęście, złośliwość natury, a płód za wroga, którego trzeba zabić, rodzaj złośliwej narośli, którą trzeba czym prędzej zniszczyć, zanim się rozrośnie.
Różnica między tymi dwiema postawami jest więc bardzo istotna i wyraźna. Ale to bynajmniej nie wszystko. Zauważmy, że przy postawie "antykoncepcyjnej" człowiek odrzuca okresową wstrzemięźliwość i tę niewielką ascezę, która jest dla jej stosowania konieczna. Odrzuca też prawa Boga i przykazania Kościoła - chce być w swych seksualnych działaniach zupełnie wolny. Człowiek ten wcale nie zauważa, że w warunkach takiej "wspaniałej wolności" staje się po prostu niewolnikiem swych pożądań i seksualnych zachcianek wyrzekając się nad nimi władzy.
Sztuczne obezpłodnienie jest wyraźnym odrzuceniem posłuszeństwa dla Boga i zarazem podkreśleniem przyjemnościowego charakteru aktu seksualnego, przy odrzuceniu szacunku dla płodności i dla okresowej ascezy, której wymaga metoda naturalna. Jest to wyraźna deklaracja, że własną przyjemność i zaspokojenie popędu stawia się ponad te prawa i zasady. Rodzi się więc natychmiast pytanie: a jak będzie z innymi zasadami moralnymi, jeśli staną one w poprzek pożądaniu przyjemności? Jeśli taką "deklarację" odrzucenia zasad i posłuszeństwa dla Kościoła zgłasza mąż zmuszając żonę do praktyk antykoncepcyjnych, łatwo może ona poczuć się po prostu narzędziem jego zachcianek. A jaką może mieć gwarancję jego wierności? Podobnie zresztą i mąż nie może mieć do niej głębszego zaufania, jeśli oboje hołdują antykoncepcyjnej hierarchii wartości. W ten sposób antykoncepcja degraduje moralnie małżonków podcinając ich wzajemną więź, co z kolei wywiera destrukcyjny wpływ i na samo pożycie seksualne.
Egoizm - wróg prawdziwej miłości
Nieraz się czyta lub słyszy idealistyczne [139]twierdzenia, że seks to sprawa bardzo piękna i wzniosła. Owszem, taki on powinien być jako wyraz prawdziwej miłości. Ale czy zawsze tak jest? Ogólnie powiedzieć można, że pożycie cielesne może zarówno łączyć i uszczęśliwiać małżonków, jak też niszczyć i rozbijać ich związek. Pierwsza z tych sytuacji uwarunkowana jest na ogół silną więzią duchową, miłością uczuciową, zaufaniem, ofiarnością i tym, co nazywałam wyżej "miłością dobrej woli". Słowem, jeśli na najwyższym duchowym piętrze wszystko jest w porządku, to i niższe piętra układu płciowo-rozrodczego jeśli nie od razu, to prędzej czy później dostosowują się. A nawet jeśli wystąpią tu jakieś trudności, "dobra wola" postara się je usunąć zasięgając pomocy i rady odpowiednich specjalistów.
Druga sytuacja - seks niszczący - jest owocem egoistycznego instrumentalnego traktowania współmażonka przy dążeniu do własnej przyjemności, która się "należy" i którą ta druga strona ma zapewnić. Brak przy tym życzliwej, ofiarnej, duchowej miłości, która dąży do uszczęśliwienia współmałżonka wczuwając się w jego przeżycia. Czy może być piękny seks, na który skrajnie zmęczona kobieta zgadza się ze strachu, by mąż nie odszedł do innej porzucając rodzinę? Albo seks wymuszony groźbą pobicia przez męża brutala i pijaka?
W tych egoistycznych, nieraz brutalnych i wulgarnych, postawach wobec seksu niemałą rolę odgrywają nieprawidłowe "wdrukowane" w psychikę i w system nerwowy stereotypy, czyli silne nawyki w dziedzinie seksualnej, nabyte w okresie przedmałżeńskim na skutek onanizmu (nałóg samotniczy, bezpartnerski) bądź pożycia z różnymi partnerami bez miłości (nałóg instrumentalnego traktowania z poszukiwaniem tylko własnej egoistycznej przyjemności). Takie nawyki wnosi się potem w małżeństwo i nawet mimo uczuciowej miłości mogą one działać negatywnie. Dlatego tak ważne znaczenie ma przedślubna seksualna czystość - chroni ona przed fatalnymi nawykami i ćwiczy w sztuce opanowania, co ma olbrzymie znaczenie dla małżeńskiego szczęścia. Bo to nie tylko gwarancja skutecznej obrony przed pozamałżeńskimi pokusami i podstawa wzajemnego zaufania, ale i pełna zdolność zachowania powściągliwości w okresach, gdy dobro rodziny i wzgląd na zdrowie współmałżonka tego wymaga.
Mity i przesądy w miłości małżeńskiej
Wokół małżeńskiego seksu narosło wiele mitów i przesądów, które mogą prowadzić do nieporozumień, pretensji i konfliktów. Oto parę przykładów:
1) Mit "upojnej nocy poślubnej". Zarówno zmęczenie i zdenerwowanie związane ze ślubem i weselem, jak i częste niestety nadużycie alkoholu, stanowią wyraźne przeciwskazania do podejmowania prób seksualnego zbliżenia właśnie w nocy poślubnej. Trzeba najpierw przez parę dni wypocząć.
2) Pogląd, że seksualne pożycie jest istotą małżeństwa, które właśnie na tym "polega". Jest to nieprawda. Istotą jest więź duchowa, głęboka przyjaźń i wspólnie wypełniane zadania - przede wszystkim zrodzenie i wychowanie dzieci. Seks służy prokreacji i umocnieniu miłości.
3) Opinia, że mężczyzna musi żyć seksualnie, gdyż wstrzemięźliwość szkodzi jego zdrowiu. Również nieprawda. Jeżeli za młodu nauczy się opanowania popędu i unika momentów podniecających, może doskonale praktykować wstrzemięźliwość bez specjalnej przykrości i bez szkody dla zdrowia. Jeśli jednak tego się nie nauczył i różnych podnieceń nie unika, to oczywiście musi zużyć więcej energii i siły woli na opanowanie, co łączyć się może z chwilowym rozdrażnieniem. Takie stany są przemijające i nie oznaczają żadnej szkody dla zdrowia. Pomocne tu jest odwrócenie uwagi i skierowanie energii w stronę jakiejś absorbującej pracy.
4) Pogląd, że małżeństwo nie może przez dłuższy czas żyć ze sobą jak brat z siostrą. To też nieprawda. Mogą i powinni tak żyć, jeśli istnieje ważna po temu przyczyna. Oczywiście warunkiem jest opanowanie i unikanie momentów podniecających.
5) Niesłuszne jest też twierdzenie, że różnice temperamentów seksualnych są w małżeństwie fatalne i zwykle prowadzą do rozwodu. Tak może być, gdy u małżonków zamiast miłości rozwija się egoizm, który traktując partnera instrumentalnie. prawuje się o to, co mu się od niego "należy". Taka walka o własne przy[140]jemności i korzyści, ciągłe stawianie drugiej stronie wymagań w imię małżeńskich "obowiązków" to sytuacja bardzo nieprawidłowa i niebezpieczna. Ale w sytuacji takiej walki dwóch egoizmów nie tylko różnica seksualnych wymagań, lecz i różne inne sprawy, nawet błahe, mogą być przyczyną konfliktów, nienawiści i rozwodów.
6) Błędne i szkodliwe jest nazywanie pożycia płciowego "obowiązkiem małżeńskim". Do pożycia nie można się zmuszać - ma ono być wyrazem miłości. A tam, gdzie panuje miłość, tam znajduje się również zrozumienie i uwzględnienie potrzeb człowieka, którego się kocha, i ofiarności dla niego. Wtedy i temperamenty się dopasują i oboje znajdą pełne zadowolenie. Trzeba pamiętać, że istotnym "małżeńskim obowiązkiem" jest miłość dobrej woli, zawsze nastawiona na pomyślność małżeństwa i rodziny.
