Dziecko "niechciane"

Od wielu lat zajmuję się tzw. "dziećmi niechcianymi", bo te wszystkie dzieci skazywane przez rodziców, a czasem przez całą rodzinę na śmierć, to właśnie są dzieci "nie chciane". Jednym z argumentów za przerywaniem ciąży jest właśnie to, że dziecko jest niechciane, i to jedynie decyduje o życiu tego dziecka, ta jedna sprawa, czy "chciane", czy "nie chciane".

Psychologia i socjologia współczesna nieraz operują argumentem, że z niechcianej ciąży rodzi się trudne, niechciane dziecko, którego wychowanie nastręcza takie trudności, że decyzja o zabiciu staje się uzasadniona. To dziecko odrzucone jest rzekomo dzieckiem, które tak obciąża rodzinę, że lepiej, żeby go nie było. A ja przez trzydzieści lat pracy w Poradni Dziecka Trudnego i Poradni Małżeńskiej obserwowałam już nie tylko takie dzieci, ale wręcz już wnuki - i prześledziłam losy tych tzw. "niechcianych dzieci", aż do drugiego pokolenia, i wiem na pewno, że nie jest prawdą twierdzenie, iż z ciąży tzw. niechcianej rodzi się trudne i niekochane dziecko. Życie pokazuje zupełnie co innego. Życie potwierdza to, co sam Chrystus powiedział: "Ktokolwiek weźmie jedno z tych malutkich, Mnie Samego bierze". W Poradni godzinami rozmawiałam z kobietami, które przed tragiczną decyzją udało mi się spotkać. Różne były drogi tych spotkań: czasem duszpasterz akademicki od dziewcząt dowiadywał się, że jakaś dziewczyna spodziewa się dziecka, i przyprowadzał ją, czasem koleżanki, czasem sama zgłaszała się nie wiedząc jaką podjąć decyzję. Czasem, choć to najrzadziej, przyprowadzał kobietę ojciec dziecka. Niekiedy po obejrzeniu filmu o rozwoju dziecka ktoś takiej kobiecie zasugerował przyjście do Poradni. Wielokrotnie ja sama szłam poinformowana o sytuacji i podejmowałam z kobietą trudny nieraz dialog.

I myślę teraz po latach, że tak naprawdę to żadna kobieta nie chce zabić swojego dziecka i choć w danej chwili myśli, że go nie chce, to przecież jest zadowolona, gdy je urodzi. Myślę, że podświadomie kobiety oczekują tego, że im się nie pozwoli i nie dopuści do zabicia dziecka. Żadna nigdy nie miała do mnie pretensji o to, że dziecko żyje.

Czasem gdy z kim rozmawiam, myślę sobie: ty nie wiesz, że właściwie to trochę jesteś moim dzieckiem, bo gdyby nie rozmowa wtedy z twoją matką... Najstarszy chłopiec, którego udało mi się uratować przed decyzją rodziców, jest teraz ojcem trójki dzieci, ma 35 lat.

Niechciane -

...Szłam raz na Wawel na zaproszenie diakonów, moich studentów, którzy mieli święcenia kapłańskie. Podchodząc na wawelskie wzgórze spotkałam zakonnicę, siostrę, którą znam od lat, ale której dawno nie widziałam, bo wyjechała na placówkę daleko od Krakowa. Okazało się; że i ona w tym samym celu idzie na Wawel, bo, jak powiedziała, "jej syn" będzie święcony na księdza. Tak powiedziała: "mój syn".

- Bo wie pani doktor - wyjaśniała - 25 lat temu byłam zakrystianką i raz po nabożeństwie majowym sprzątałam kościół i zobaczyłam w kącie płaczącą kobietę. Zaczęłam z nią rozmowę i kobieta przyznała się, że następnego dnia ma termin "zabiegu". No, i namówiłam ją, żeby nie szła na ten "zabieg". I to jest ten chłopiec, który będzie dziś święcony. Oczywiście, on o tym nie wie, ale ja pamiętam. Był najlepszym uczniem w szkole, a teraz jest chlubą całej parafii, bo to jest pierwsze powołanie w tej miejscowości - ludzie przygotowali bramę powitalną i cieszą się na prymicje.

No, właśnie, a była to ciąża niechciana.

Kobieta, która weszła do małego pokoiku, gdzie udzielam porad małżonkom, trzymała na ręku małe dziecko, chłopczyka, może dwuletniego, a za rękę trzymała starszego. Weszła i stanęła jakby wahając się.

Podsunęłam jej krzesło, usiadła ciężko i bez słowa zaczęła płakać. Dziecko na widok płaczu matki zaczęło też płakać.

Czekałam aż się uspokoi. Starszy chłopczyk stanął tuż obok matki, minę miał zaciętą, zaciśnięte piąstki. Ile ma? - pomyślałam - 5 lat? czy więcej? Miał sześć, ale był mały, drobny - ko[358]bieta też niska, szczupła - podobny do matki. Jak zawsze zapytałam najpierw o wiek i adres. Ot, takie neutralne pytania, żeby dać jej czas na uspokojenie. Ma 27 lat, starszy synek sześć.

Gdy podniosła głowę i przestała płakać, zobaczyłam pod oczami ciemny okrężny siniec pobita, pomyślałam o nic jeszcze nie pytając.

Podniosła głowę i powiedziała:

- On mnie zmusza, żebym poszła do doktora.

Spojrzałam na starszego chłopczyka, ale kobieta smutnie się uśmiechając powiedziała:

- Och, ten wszystko wie, wszystkie awantury są przy dzieciach - a ten jest moim obrońcą.

Chłopczyk się wyprostował i mocniej zacisnął piąstki.

Smutna, ale banalna historia: trzecia ciąża, a mąż jej, ojciec, dziecka nie chce; nie tylko on, cała rodzina jest przeciwko temu dziecku, jego rodzina; ona nie ma właściwie rodziny, jedna siostra, daleko, a jego rodzice i brat mieszkają tu. Wszyscy przeciwko dziecku.

Pokazała sińce na ramionach, siniec na twarzy widzę bez pokazywania - oczodoły ciemnofioletowe.

- Uderzenie było w głowę? - pytam.

Potwierdza, mówi cicho:

- On nie patrzy, gdzie bije.

Zabrała dzieci i uciekła z domu.

Namyślam się co robić.

Znajduję wyjście - dzwonię do naszych zakonnic, dobre są, już nieraz zwracałam się do nich o pomoc.

Przyjęły kobietę i dzieci, kobieta jest zdecydowana pomimo wszystko bronić maleństwa jeszcze nieurodzonego.

Zostawiam ją u zakonnic i obiecuję pomówić z rodziną. Idę tam - męża nie ma, wiem, że dziś pracuje na nocną zmianę - idę do jego rodziców, mieszkają blisko. Matki nie ma, jest ojciec.

Mieszkanie nie wygląda na nędzne, dwa a może trzy pokoje - rozmawiam w pokoju, w którym stoi oszklony kredens, w kredensie widać szkła, pełno różnej wielkości kieliszków, jakieś figurki z porcelany - telewizor.

Ojciec nie stary, prosty, szpakowaty mężczyzna, jest na wcześniejszej rencie, bo inwalida wojenny.

Nie wie, po co przyszłam - nie wiem, jak zacząć z nim rozmowę. Nigdy w takiej sytuacji nie planuję co powiem, nie da się takich spotkań planować, zdaję się na własną intuicję. Po chwili milczenia mówię, że jestem lekarzem z poradni i bez żadnego wstępu pytam wprost:

- Dlaczego pan chce zabić własne wnuczę?

Mężczyzna jakby zdziwił się, patrzy na mnie i pyta:

- Jak to, co pani?

- No, tak, była u mnie pana synowa. Jest w ciąży. Dlaczego pan jest przeciwko temu dziecku?

Wybucha:

- Bo oni żyją w nędzy, w jednym pokoju, nie mają nic, tylko dzieci. Starszy syn ma mieszkanie, samochód, jedno dziecko i dosyć, a ten się niczego nie dorobił, tylko dzieci i dzieci.

Nie reaguję na to, co mówi, ale ponownie pytam:

- Dlaczego pan chce zabić własne wnuczę?

Podnosi głos, krzyczy - nie powtórzę tego co mówił - oskarża synową, że to jej wina, wrzeszczy także przeciwko mnie, że się wtrącam.

Teraz ja podnoszę głos, więcej, uderzam pięścią w stół i mówię:

- Dość, jest pan pierwszym dziadkiem, który chce zabić dziecko, tyle lat pracuję w poradni, broniłam dzieci przed różnymi osobami, ale nigdy przed dziadkami, dziadkowie kochają swoje wnuczęta nieraz bardziej niż rodzice, a w ogóle - mówię już spokojnie - to pan nie ma prawa się wtrącać, ja mam prawo, które mi dała pana synowa, w jej imieniu występuję; prawo polskie oddaje decyzję całkowicie i wyłącznie w ręce kobiety; ani pan, ani nawet pana synalek, nie ma prawa decyzji, jedynie ona, a tego synalka ja podam do sądu za pobicie żony.

Już nie czekam, wychodzę ostentacyjnie strzelając drzwiami.

Minął rok - śledzę losy kobiety, pilnuję jej i wiem, że do porodu była u sióstr, po porodzie wróciła do domu, do męża.

W sobotę o drugiej w nocy telefon - przez chwilę nie wiem, z kim rozmawiam. Zdenerwowany głos męski prosi mnie o pomoc, bo dziecko chore, jest noc i nie wiedzą, co robić, syn jest w pracy.

- Kto mówi?

- Tenże dziadek.

- Kto chory?

- Mała dziewczynka!

[359]

Nie mogę się powstrzymać od złośliwości i mówię:

- Chora? - no, i dobrze, może umrze, przecież parę miesięcy temu chciał pan ją zabić.

- Niech pani nie żartuje.

- Nie żartuję, ale tak było.

Dzwonię do naszej pediatrki - pojechała, zabrała dziecko na oddział. Mała dziewczynka ciężko chora - idę do szpitala rano, na korytarzu siedzi ten sam mężczyzna, przygarbiony, wydaje mi się dużo starszy.

Zatrzymuje mnie:

- Niech pani doktor pomoże, zrobi wszystko - jedyna wnuczka.

- Jak to? a prawda, same chłopaki, pierwsza dziewczynka w rodzinie,

- Takie śliczne kochane dziecko Kochane dziecko -

Kochane -

Kiwam głową i mówię:

- No, widzi pan, a tak państwo nie chcieliście.

Dziewczynka teraz ma może 9, może 10 lat, ukochana wnuczka - matka się skarży, że dziadkowie ją rozpuszczają.

No, właśnie.

Wiem, wiem to już od dawna, że slogany powtarzane przez psychologów nie mają pokrycia w życiu - wiem, wiem na pewno, że to nie jest prawda, iż z niechcianej, niepożądanej ciąży rodzą się niechciane dzieci.

Nie tak prosto - chciane bywają trudniejsze od niechcianych; niechciane bywają największą radością rodziców.

Nie tak prosto, w psychice ludzkiej rządzą inne prawa niż w matematyce, i dwa plus dwa może być wcale nie cztery tylko... np. 18.

Nie, nie można lekkomyślnie wysuwać wniosków; w ogóle człowiek nie ma daru proroctwa, przynajmniej nie każdy, i nie wolno twierdzić, że coś będzie tak albo inaczej - po krętych drogach ludzkich decyzji Pan Bóg pisze swoje plany i prostuje te ludzkie ścieżki.

Czasem dziecko upragnione, oczekiwane, stwarza wielkie kłopoty, a to przyjęte trochę na siłę, z przymusu, okazuje się dzieckiem najlepszym i pociechą na starość.

Samotną kobietę przekonałam, żeby nie zabijała dziecka, ale ponieważ stwierdziła, że jej ojciec na pewno by ją zabił, jakby się dowiedział, więc posłałam ją daleko poza miejsce jej zamieszkania i tam była, aż do rozwiązania, a potem znaleźliśmy dobrą kobietę na wsi, która zgodziła się wziąć dziecko pod opiekę. Matka dojeżdżała na sobotę i niedzielę - chłopczyk rósł zdrowo - dziadkowie nie wiedzieli o jego istnieniu. Ojciec dziecka wyparł się wszystkiego, zresztą miał swoją rodzinę, był szanowanym panem z żoną i trójką własnych dzieci.

I nie wiem, jak byłoby dalej, gdyby nie to, że o losie dziecka zdecydowała... administracja Ośrodka Zdrowia. Dziecko było zapisane na adres matki i pierwsze szczepienia były w tej miejscowości - no, i po półtora roku posłano wezwanie do następnych szczepień ochronnych na adres matki, czyli na adres dziadków. No, i istotnie dziadek zrobił awanturę, ale wcale nie o to, że jest dziecko, ale o to, że nie powiedziała prawdy i trzyma dziecko "nie wiadomo gdzie". Chłopczyk rośnie w domu dziadków - zresztą matka chłopca w parę lat później umarła. Była jedynaczką - dziadkowie mają tylko tego jednego dziś młodzieńca i kochają go bardzo.

A było to przecież dziecko niechciane.

Reakcje ludzkie emocjonalne są zwiewne, zmienne i nie one mają decydować o ludzkim losie - człowiek nieraz musi walczyć sam z sobą o siebie lub z innymi. Linia podziału między dobrem a złem nie przebiega tu na ziemi między ludźmi, ale w każdym człowieku, podział między ludźmi będzie dopiero na Sądzie Ostatecznym; na prawo, na lewo. A na razie w każdym dobro i zło przemieszane, czasem rozeznać nie można.

Jak byłam w obozie koncentracyjnym w Ravensbrück, nie mogłam pojąć sceny, która na zawsze zapadła w moją pamięć.

Raz jeden zdarzyło się, że na ulicę lagrową przyszło dziecko jednej aufzjerki SS-manki, która znana była z okrucieństwa. Dziecko - mała dziewczynka - podbiegła do matki, która wzięła ją na ręce z wyrazem autentycznej tkliwości. Parę minut trwała ta scena, potem dziecko ktoś zabrał i odprowadził, a aufzjerka moment później z pasją tłukła po głowie stare siwe kobiety, jakby specjalnie wybierała siwe włosy.

Patrzyłam na wykrzywioną twarz, na której parę minut wcześniej był śliczny uśmiech skierowany do własnego dziecka. Nigdy nie potrafi[360]łam pojąć, jak to było możliwe, ten sam człowiek - a jednak tak było.

Można wyzwolić w człowieku różne reakcje. Chodzi o to, żeby wydobyć z niego maksimum dobra.

Niechciane -

Ciąża niepożądana - zapobieganie niepożądanej ciąży, tak się mówi, tak się pisze, tak mówią także ludzie, którzy deklarują się jako wierzący, a przecież takie sformułowanie powinno zniknąć przynajmniej ze słownika katolików.

Cóż to jest dziecko?

Jeżeli wierzymy w Boże pochodzenie człowieka, jeżeli wierzymy, że każdy z nas jest na obraz Boga przez Niego stworzony, jeżeli jesteśmy na tyle zorientowani w biologii, że wiemy, iż wielki moment poczęcia nowego życia nie jest dziełem człowieka, ale jest "dziełem natury", dzieje się w kobiecie - ludzie aktem małżeńskim przygotowali jedynie teren, jako współpracownicy Boga samego, a On stwórczo działa - to jakże to dziecko można nazwać "niechcianym"?

Trzy is[t]oty uczestniczą w tym dziele stwarzania nowych ludzi - ci dwoje - rodzice, którzy spełniają Boży plan podejmując akt małżeński - i Bóg, dawca życia. Oni współpracownicy, On Stwórca. Może się zdarzyć, że ci dwoje albo jedno z nich nie chce dziecka, nie oczekuje - ale nie można sobie wyobrazić, że Bóg Stwórca wszechmocny stwarza człowieka nowego wbrew swojej woli. Nawet jeśli ludzie niejako zachowaniem swoim prowokują Bożą moc, to jednak każde dziecko jest zaakceptowane przez Stwórcę - więcej, jest kochane i jest stworzone po to, by w dalszej perspektywie dojść do nieba, bo taki ma być kres ludzkiego życia.

Ojciec Święty Jan Paweł II nieraz powtarza: "Pamiętajcie, że to życie tutaj na ziemi jest drogą i tylko drogą, i niczym więcej, bo człowiek jest stworzony nie dla ziemi, ale dla nieba". Więc może można mówić o dziecku nie planowanym, nie oczekiwanym, ale nie jest ono niechciane, bo jest nad nim Boża pieczęć, pieczęć Bożej akceptacji; to jest dziecko Boże - dane ludziom jako Boży dar i dlatego jedyną właściwą odpowiedzią na dar - na ten nieoczekiwany dar życia - jest taka reakcja, jaką pokazuje ta jedyna kobieta świata, która miała prawo nie spodziewać się dziecka - dziewczyna z Nazaretu, która wprawdzie pyta: "jakże się to stanie", ale zarazem oświadcza swoje "fiat" - niech mi się stanie.

Odpowiedź ludzi na nieoczekiwany dar życia ma być taka sama: niech się stanie, niech żyje, niech się rodzi - a jeśli ta decyzja niesie ze sobą trud, to zarazem jest obietnica samego Boga, że On chce w tym być.

Każde dziecko jest bardziej kochane przez Boga niż potrafią je kochać jego rodzice, ale losy tych dzieci przyjętych a początkowo niechcianych pokazują, że Pan Bóg jakby chciał ludziom specjalnie wynagrodzić i sprawia, że te dzieci przynoszą radość. I o ile kobiety latami żałują, że zabiły dziecko, i nieraz cierpią z tego powodu latami, o tyle nigdy nie żałują, że dziecko żyje. Rodzicielstwo zawsze jest trudne, zawsze wymaga od rodziców ofiar, ale zarazem to dzieci sprawiają, iż rodzice dojrzewają do prawidłowych postaw - z uwagi na dziecko ludzie muszą kontrolować swoje zachowanie - w pewnym sensie dziecko wychowuje rodziców.

Każde dziecko powinno być od początku zaakceptowane. Żeby tak mogło być, rodzice muszą się przyporządkować - muszą niejako poddać dyscyplinie swoje współżycie seksualne po to, żeby uniknąć sytuacji zaskoczenia przyjściem dziecka, ale jeśli nie potrafili zaplanować i mimo ich odmiennego planu dziecko jest, to wyjście jest tylko jedno - ludzkie "fiat" powiedziane Bogu.

Zamiast mówić "dziecko niechciane", trzeba by powiedzieć "niespodzianka", "nieoczekiwany dar od samego Boga".


Intencja Krucjaty Modlitwy na grudzień

Aby ludzie broniący poczętego życia odkryli szczególne błogosławieństwo w swoim życiu.

[s. 360]