Dlaczego nie zabiłam?

Krucjata modlitwy w obronie poczętych dzieci

W naszym małżeństwie istnieje konflikt serologiczny. Ja mam grupę krwi RH-, a mąż RH+. Po kilku latach przerwy znów poczułam się matką. To już piąta ciąża. Każda z nich zabierała mi coraz więcej zdrowia, zwłaszcza ostatnia, nie donoszona. I teraz mam bardzo złe wyniki laboratoryjne, czuję, że życie ze mnie uchodzi, a tu troje dzieci - najstarsza córeczka ma 12 lat, druga 11, a trzecia 9 - dla których chciałoby się żyć. Nie ma znikąd żadnej pociechy i pomocy. Memu dalszemu otoczeniu jest obojętne, co się ze mną stanie. Nie żałują mi kpin i bolesnych przygadywań, że w tak trudnych czasach decyduję się na tyle dzieci. Postanawiam wreszcie usunąć ciążę, gdyż dodatkowo dokucza mi ruptura. Idę prywatnie do domu lekarza specjalisty od położnictwa. Doktor po dokładnym zbadaniu mnie i długim, długim namyśle, który dla mnie wydawał się wiecznością, podniósł głowę i mówi:

- Proszę pani, dobry Pan Bóg wie wszystko i w tym wypadku wszystko może zakończyć się dobrze.

[46]

To Ty, Boże, przez tego lekarza przekonałeś mnie, że Ty wszystko możesz!

Następne analizy wykazały, że w mojej krwi wytworzyły się tak liczne przeciwciała, iż grozę budziły u lekarzy. Mimo wszystko oczekiwałam tego dziecka z taką miłością, jak gdyby było pierwsze i bardzo upragnione. Już w łonie ofiarowałam je Bogu. Modliłam się i śpiewałam, aby i ono umiało modlić się i śpiewać, gdy wejdzie na drogę powołania. Trzy córeczki też bardzo pragnęły mieć małego dzidziusia.

Na pozostałe miesiące ciąży aż do rozwiązania lekarze stanowczo zalecali mi pobyt w klinice. Na ten luksus nie mogłam sobie pozwolić, gdyż cały obowiązek prowadzenia domu i wychowania dzieci spoczywał na moich barkach. Na miesiąc przed rozwiązaniem mąż odwiózł mnie do polikliniki w Bytomiu. Cały personel oddziału położniczego otaczał mnie troskliwą, bezinteresowną opieką. Byłam dla tego personelu wielką niewiadomą. Lekarze po kilka razy pytali mnie, czy poprzednie dzieci żyją, czy im nie przetaczano krwi, wprost mi nie wierzono, gdy odpowiadałam, że żyją i są dobrze rozwinięte, choć krwi im nie przetaczano. Na dowód pokazywałam im zdjęcia córeczek, które zabrałam do szpitala.

Minął czas rozwiązania, a poród nie nastąpił. Zastosowano kroplówki wywołujące poród, też bezskutecznie. W ciągu tygodnia podłączono mi pięć kroplów[e]k. Po jedenaście godzin leżałam plackiem przy każdej podłączonej kroplówce. Cały czas wypełniałam modlitwą różańcową. Występowały duże bóle, ale nie spowodowały porodu. W dwa dni później wystąpiły samoistne bóle porodowe, nasilały się, ale i teraz rozwiązanie nie nastąpiło: rodzące się dziecko wypychało kiszki. Od godziny 19 do 22.45 byłam pod tlenem, ciało moje drgało konwulsyjnie, do dziś to czuję. Cały personel lekarski i położne stali bezradni przy moim łożu boleści i rodzącego się życia. Któryś z lekarzy trzymał ankietę, by podpisać zgodę na cesarskie cięcie, ale nie byłam w stanie jej podpisać. Wyczerpana do ostateczności, urodziłam wreszcie córeczkę.

Lekarz wypisujący mnie ze szpitala zwrócił się z następującymi słowami:

- Proszę pani, jak to się stało, że to tak szczęśliwie wszystko się zakończyło. Na pani poród cała poliklinika postawiona była na nogi.

Odpowiedziałam:

- Bóg i wasza troskliwa opieka to cała tajemnica rozwiązania.

Bano się dać mi dziecko do karmienia. Tłumaczono mi, że przy tak licznych przeciwciałach zatruję je. Zamierzano przetaczać mu krew. Obyło się bez tego. Pokarmem też dziecka nie zatrułam.

Córa kończy obecnie 20 lat i jest osłodą mego życia. Nikt nie skarżył się na nią, uczyła się dobrze, od kilku lat jest zakonnicą. Gdyby Ciebie, dobry Boże, nie było w sercu owego pana doktora, zamordowałabym zakonnicę.

Czymże są te marne cierpienia w porównaniu z tym, do czego Bóg nasze dziecko powołał?! Jest to tak wielkie wyróżnienie, tak radosne, że aż tajemnicze. Czy nie warto było troszkę pocierpieć?!

Składam gorące podziękowanie Panu Bogu za wszystkie łaski.

Boże, bądź łaskawy, okaż swoje miłosierdzie przebaczając grzechy popełniane przeciw życiu i zachowaj nas wszystkie od dalszych morderczych czynów.


Intencja Krucjaty Modlitwy na luty:

Aby skutecznie pracowano nad czystością środowiska naturalnego.

[s. 46]