A co ty na to?

Nie umiem zrozumieć

Chciałabym odpowiedzieć na artykuł A co ty na to? zamieszczony w lipcowym numerze.

Była wtedy na trzecim roku w szkole pielęgniarskiej, gdy oznajmiła nam, że pragnie zostać siostrą zakonną. Wzięliśmy to za dobry żart. Do skończenia szkoły ma jeszcze dwa lata. Na pewno zdąży się jeszcze rozmyślić. Od tego czasu minął rok. I wtedy jak grom z jasnego nieba powiedziała, że nie będzie czekać do końca szkoły, lecz wstąpi do zakonu i tam szkołę ukończy. Próbowałam tłumaczyć, że to ogromne poświęcenie, że nie będzie miała swoich pieniędzy, że musi dużo pracować. Nic nie pomagało. Mówiłam: Jeszcze się zakochasz. Odpowiedziała: "Już się zakochałam". Jak to, myślę, to przez chłopaka? Czy to on jeden na świecie? A ona: "Zakochałam się w Panu Jezusie i nie zamienię Go na żadną inną miłość".

Za miesiąc wyjeżdża. Ja nadal nie potrafię zrozumieć, dlaczego ona to zrobiła. Wiem, że nie potrafię jej zatrzymać, ale gdybym mogła, nie wiem, czy nie uczyniłabym tego. Wciąż się łudzę, że ona jeszcze wróci. Jest przecież taka młoda. Ma dopiero 18 lat.

Matka

Nie popełnię błędu moich rodziców

Po przeczytaniu w "Rycerzu Niepokalanej" artykułu: A co ty na to?, odczuwam potrzebę wypowiedzenia się na ten temat. Jestem matką dwóch synów w wieku 12 i 17 lat. Jeżeli dorosną i oświadczą, że chcą zaangażować się na służbę Bogu, po krótkiej rozmowie na ten temat nie będą przeszkadzała im w obraniu dalszej drogi życia. Mąż nie wiem, jak by zareagował, uważam, że jego też przekonałabym. Po prostu nie popełnię błędu takiego, jaki zrobili moi rodzice. Ciągle przeszkadzali mi w obraniu nowej drogi życia. Miałam zamiar pójść do klasztoru, odmówili mi, nie wyrazili zgody. Byłam bardzo posłuszna, a może nieodważna i ustąpiłam. Rodzice nie chcieli mnie zrozumieć.

Ukończyłam wtedy 19 lat. Był rok 1956. Pracowałam w księgowości i pracuję do obecnej chwili. 2 maja 1964 roku zawarłam związek małżeński. Czy mąż jest dobry? Muszę nad nim dużo pracować...

Kocham swoich synów, dlatego też ich szczęście jest i będzie moim. Ciągle modlę się do Niepokalanej i św. Maksymiliana o szczęśliwy los dla nich.

Danuta B.

Ośmielę się i ja

Od dawna pragnęłam napisać, ale brakowało mi odwagi. Po przeczytaniu artykułu: A co ty na to? zdecydowałam się napisać. Mam 32 lata. Powie ktoś, co ona może wiedzieć na ten temat. Od dawna pragnę, by moje dziecko służyło Bogu, dlatego chcę zabrać głos.

Dzieci mam małe: syn 10 lat, córeczka 6, następny synek 4, najmłodszy 2 i oczekuję już następnego dziecka. Wiem, że nie będzie mi łatwo chować pięcioro dzieci, ale mam wielką nadzieję, że Matka Boża mi dopomoże - zawsze mi pomagała. Cieszyłam się każdym dzieckiem. Mąż ucieszył się tylko z pierwszego syna i córki, z reszty się nie cieszył; teraz też nawet ze mną nie rozmawia. To mnie dobija i smuci, choć równocześnie cieszę się oczekiwanym dzieckiem.

Nie dziwię się, że ojcu trudno było pogodzić się z tym, co usłyszał od córki. Jednak nie upierał się długo i nie zabronił. A później był zadowolony i niczego nie żałował, miał mocną wiarę.

Cóż ja bym powiedziała? Przede wszystkim nie zabraniałabym, a raczej zachęcała. Spytałabym, czy naprawdę ma dość ochoty i sił, by wytrwać w swoim powołaniu. Radość moja byłaby ogromna. Zawsze proszę Matkę Bożą, abym tej radości doczekała.

T.H.