Drogi Przyjacielu,
mieszkasz zbyt daleko, bym często jeździł do Ciebie. W każdej jednak chwili mogę napisać list, który powinien choć w pewnym stopniu zastąpić odwiedziny. Chciałbym podzielić się z Tobą ważnym dla mnie przeżyciem. Jeśli Cię ono zainteresuje, przeczytaj je w całości.
Często zadaję sobie i innym pytanie, dlaczego akurat mnie musiało się przydarzyć to wszystko. Nigdy, ale to naprawdę nigdy, nie marzyłem ani nie przypuszczałem, że moja jedyna córka zechce obrać taką drogę życia. Wyobraź sobie: postanowiła zostać siostrą zakonną. Pewnego dnia oznajmiła mi i matce, że ma swoje lata, że już jest zdecydowana, że już jest przyjęta, że wolno jej postąpić tak, jak jej serce dyktuje. I cóż ty, człowieku, mogłeś na to poradzić, mimo że jesteś jej ojcem!?
Mówię do niej:
- Dziecko, czy ty się sercem tylko kierujesz czy też i rozumem, którego ci Pan Bóg nie poskąpił. Przecież nie tylko ja wiem, że nie jesteś głupia, ale i świadectwo maturalne - a to dokument państwowy - stwierdza, że masz głowę. Dyplom pielęgniarski też masz niczego sobie. Zastanów się, dziecko, nad tym, co chcesz zrobić, korzystaj z rozumu, bo to nie głupia rzecz.
A ona na to odparła, że u niej serce z rozumem jest w zgodzie. Skoro więc Pan Bóg dał rozum, niech więc Jemu, tylko Jemu służy.
Dalej próbuję wybić jej z głowy te zamiary.
- Przecież życie siostry zakonnej - mówię - to żadna kariera, to marny sposób ułożenia sobie wygodnego życia.
Przerywa mi, powiadając, że jej nie chodzi o wygodne życie, ale o szczęśliwe, i to już teraz.
- A będziesz tam chociaż szczęśliwa? - pytam dalej.
- Gdzie serce, tam szczęście - taka była jej odpowiedź.
Nie poddając się, ciągnę swoje wywody:
- Popatrz, urody ci nie brakuje, masz kształtną figurę. jesteś ładniejsza w piątek niż inne w niedzielę, niejednemu chłopakowi śnisz się dzień i noc. Zresztą sama chyba zauważyłaś podczas naszego pobytu w Warszawie, jak raz patrol wojskowy zrobił w twoją stronę: "Na prawo patrz!" Możesz przebierać jak w ulęgałkach i dobrze wyjść za mąż...
- Tatuś nie wierzy w to, co mówi - zaczyna swoje. - Gada tak, bo wydaje się tatusiowi, że tak trzeba mówić. Powiem tylko jedno: wobec Pana Boga, któremu będę ślubować, nikt nie ma szans.
- A dżinsy - mówię - a sztruksy, a tranzystor, a swetry z wełny szetlandzkiej, a kożuch, a pierścionki, a szafa pełna ciuchów, a my - to wszystko - opuścisz, zostawisz?
- A zostawię, wezmę tylko to, co konieczne.
- Rób, co chcesz - rezygnuję z dalszych wywodów. - Ja swoje powiedziałem, a nawiasem, nie wypada mnie, starszemu, kłócić się z młodszą osobą.
Szykowała się przez kilka dni, biegała, załatwiała... Nic jej nie mówiłem: ani zostań,
ani jedź. Moja żona, to znaczy jej matka, powiedziała tylko tyle:
- Zrobisz, jak zechcesz. Jeśli będziesz zadowolona, to i my będziemy się cieszyć. Jeśli ci się tam nie spodoba, będzie ci źle, wracaj. Dom jest zawsze otwarty dla ciebie.
Ja tymczasem zastanawiałem się: jak to mogło się stać, co ją do tego skłoniło? Nikt przecież nie wypędzał jej z domu, nie namawiał, nie zmuszał. Wychowywaliśmy ją tak [153]samo jak trzech synów. Im nie przyszła taka myśl do głowy. Chodziła do kościoła, bo i my chodziliśmy, klękała do pacierza, bo i my to robiliśmy, uczęszczała na lekcje religii, bo tak chcieliśmy. Proboszcz powiedział mi, że to ani jej zasługa, ani wina. Po prostu Pan Bóg pragnął odwdzięczyć się naszej rodzinie i parafii za dobre, chrześcijańskie życie, dlatego podsunął jej taką myśl. Roześmiałem się w duchu, bo gdyby pamiętał moje grzechy ze spowiedzi, nie gadałby takich głupstw. Tak sobie pomyślałem.
Moje rozumowanie jest takie: jeden w sobie rozwinie smykałkę do stolarki, inny do samochodu, jeszcze inny do wódki czy do złodziejstwa, a ta do religijności. Zresztą, kto tam zrozumie młodą dziewczynę?! Cóż poradzisz? Pan Bóg dał i Pan Bóg bierze. Nie znajdziesz takiej siły, nie zatrzymasz jej, ot, dola ojca. Myślisz, że to twoje dziecko, czeszesz je, ubierasz, pracujesz na nie, kształcisz, a tu pewnego dnia dowiadujesz się, że ono już nie należy do ciebie.
Nadszedł czas odjazdu, chwila rozstania. Nie wiem, czy córka była smutna, czy cieszyła się. Po twarzy nie rozpoznasz. Może i było jej żal wyfruwać z gniazda. Nam było trudno pogodzić się z tym faktem. Wiadomo, dzieci muszą wyfrunąć, każde w swoją stronę, co najwyżej odwiedzą czasami, napiszą list, ale co innego wiedzieć, a co innego przeżywać.
Nie miałem sił, by odwieźć ją na stację. Pojechał z nią syn, taksówką. Pożegnaliśmy się w domu. Wycałowała mnie na koniec, a mnie coś ścisnęło za gardło. Wybełkotałem słowa, które kiedyś, w czasie naszego ślubu, wypowiedział ksiądz, słowa, które czasami kołaczą mi się po głowie: "Dziecko, tylko nie przynieś wstydu Panu Bogu, nie zmarnuj łaski Bożej". Może zrozumiała. Zapamiętałem jej ostatnie słowa: "Niech tatuś. czasami zmówi za mnie zdrowaśkę, bym wytrwała".
No i widzisz, nie ma jej. Pusto się zrobiło. Pisze listy, a jakie, nie rzadziej niż synowie. Odwiedziłem ją dwukrotnie. Właściwie to zaczynam się cieszyć. Żyje porządnie, modli się dużo, otoczenie ma miłe. Pracuje w sanatorium, ludzie lubią ją. Ostatnio zaprowadziła mnie tam, pokazała chorym. Gdy powiedziała im, że jestem jej ojcem, popatrzyli na mnie z wielką wdzięcznością. Ktoś nawet zauważył, że choćbym w życiu nic dobrego więcej nie uczynił, tylko wychował takie dziecko, powinni wystawić mi pomnik.
Ja tymczasem zadaję sobie pytanie: co ja takiego zrobiłem, w czym leży moja zasługa, że własne dziecko nie przynosi wstydu, a jest wręcz powodem do dumy? Nie mam żadnej zasługi, ja nawet próbowałem przeszkadzać.
Może o to chodzi, aby Panu Bogu przynajmniej nie przeszkadzać? Czy ja wiem?...
A Ty, jak postąpiłbyś, gdyby Twoje dziecko chciało zostać siostrą zakonną, bratem zakonnym czy księdzem? Cieszyłbyś się? Napisz, proszę Cię.
