Najboleśniejsza [1]

- O wy wszyscy, którzy idziecie przez drogę, obaczcie i przypatrzcie się, czy jest boleść jako boleść moja.

Te rzewne słowa wkłada Kościół w usta Maryi, najboleśniejszej z matek. Boleści równej Jej cierpieniu nie było i nie będzie w żadnym człowieczym sercu.

Mimo woli nasuwa się pytanie, dlaczego Bóg dopuścił, by Matka Najśw. tyle cierpiała? Przecież Ona była bez zmazy grzechu, niepokalana, stanowiła przedmiot szczególnej miłości i upodobania Trójcy Przenajświętszej. Lecz właśnie dlatego, że Bóg ukochał bezgranicznie Maryję, dopuścił na Nią bezgraniczne umęczenia. Cierpienie bowiem nie tylko jest karą, ale jest bezcennym darem, którym Bóg obdarza dusze szczególnie ukochane. Trudno to pojąć, lecz, gdy się przyjrzymy całej ekonomii Odkupienia, wszystkim świętym i szlachetnym duszom, przekonamy się, że to jest najistotniejszą prawdą. Cierpienie jest darem, skarbem największym, jaki Bóg raczył nam dać w tym życiu, bo przez nie możemy Mu dowieść, że Go kochamy. Jakżeby więc tego skarbu mógł poskąpić Bóg Najświętszej Dziewicy?

Powołana przez Boga na Matkę całej ludzkości, na Pośredniczką wszystkich łask, Maryja musiała te tytuły drogo okupić. Bóg w niepojętych Swych wyrokach postanowił, że w dziedzinie życia duchowego nie dokonywa się nic wielkiego bez cierpienia. Tym samym więc i te "wielkie rzeczy", o których śpiewała Najśw. Dziewica w swym Magnificat, nie mogły dokonać się w Niej bez odpowiednich im, równie wielkich cierpień. Jak Syn Boży nie cofnął się przed męką, lecz przyjął kielich wszelkiej możliwej goryczy - od żłóbka aż do Golgoty - tak i Maryja była Mu w tym całkowicie podobna.

Tu przychodzimy do prawdziwego pojęcia cierpienia z punktu widzenia naszej świętej Wiary. Cierpienie, przyjęte z miłością dla Boga, nie tylko nie pozbawia radości, ale jest jej źródłem.

Wydaje się to sprzecznością, a jednak jest prawdą. Czyż nie mamy świadectw, że wśród największych katuszy święci męczennicy nucili hymny radości? Czyż cierpienie nie było jedynym szczęściem, jedynym pragnieniem św. Teresy z Avila, św. Jana od Krzyża, współczesnej nam św. Teresy z Lisieux i tylu, tylu świętych?

Było więc życie Maryi jednym pasmem cierpień, ale było również jedną smugą radości. Ona przyjęła wszelkie bóle z całą gotowością, z zupełnym poddaniem się Bogu, a spełnienie Woli Bożej, to przecież źródło największego wesela. Maryja cierpiąc z Jezusem, wiedziała jakie błogosławione owoce przyniesie ta męka dla ludzkości, jaką chwałę Bogu, toteż było to dla Niej niepojętym szczęściem.

Maryja jest również Matką nas wszystkich. I ten tytuł wymagał, by wiele przebolała. Jakże bowiem mogłaby utulić tyle dusz zranionych bólem, jak mogłaby osuszyć tyle łez gorzkich, płynących z oczu Jej dzieci ziemskich, gdyby Sama nie wiedziała, co to jest ból i łzy?

Matka Bolesna. To słowo budzi w duszy, jakieś niewypowiedziane echo, niesie w swym dźwięku" jakiś przedziwny nastrój, zbliża tak bardzo do Serca Maryi, sprawia coś w samej głębi duszy, co się da określić tylko wyrazami: matka, dziecię...

Dusze pielęgnujące prawdziwe nabożeństwo do Matki Boskiej Bolesnej, mają w sobie coś szczególnego, jakiś swoisty, przemiły rys. Czyż nie zachwyca nas dziecięca prostota franciszkanina Jacopone'a, który wyśpiewał ten cudny, tak prosty, a zarazem pełen namaszczenia hymn: "Stabat Mater Dolorosa"? Czyż nie wzruszają do łez rozmowy, jakie prowadził św. Bernard z Najboleśniejszą Matką, stojącą u stóp krzyża? Czyż nie pociąga nieprzepartym urokiem młodziutka postać św. Gabriela od M. Boskiej Bolesnej - który w kilku latach rozkwitł do świętości jak róża pąsowa przy Sercu Matki Bolesnej?

A jakie błogosławione skutki sprawia w duszy nabożeństwo do Matki Najboleśniejszej!

By zbliżyć się do Serca Najboleśniejszej, odczuć głęboko Jej udręczenie, nie tyle trzeba dociekań i rozumowania, ile raczej prostoty i uczuć dziecka.

Gdy myślę o Matce Najboleśniejszej, przypomina mi się zawsze jedna scena z lat dziecięcych. Była któraś z niedziel Wielkiego Postu.

M.B. Bolesna

Martwy Jezus w objęciach najboleśniejszej Matki (Obraz artysty-malarza weneckiego Jana Bellini'ego 1422 †1516)

Matka moja czytała dużą, siarą książką. Po dłuższej chwili, widząc, że patrzy z wielką uwagą na jakiś obrazek, zbliżyłem się. Był to obrazek Matki Bolesnej. Z oczu Matki Najśw. spływały łzy, siedem wyrazistych mieczów przeszywało Jej Serce.

- Bardzo Matka Boska cierpiała ? - zapytałem się matki.

- Choćbyś dziecko, nie wiem jak cierpiało, nie będzie to ani kropelką w porównaniu z Jej boleściami, Zebrali Jej jedyne dziecko i ukrzyżowali, a Ona biedna musiała patrzeć na Jego śmierć...

Z oczu mojej matki płynęły łzy. To było najwymowniejsze. Upłynęło kilkanaście lat od tej chwili. Słyszałem wiele kazań o Matce Bolesnej, czytałem różne książki o Niej, lecz drugiej, równie wymownej lekcji o cierpieniach Maryi nie miałem. To była jedyna lekcja z moją prostą, nieuczoną matką.

- Jest mi bardzo smutno, rzekła Matka Najśw. do Marii z Agredy, że tak mało znajduje, tych, którzy by współczuli ze mną. Ta obojętność będzie tym. większą winą dla złych chrześcijan na sądzie ostatecznym, gdyż ujrzą wtedy, że nie tylko byli niewdzięczni, lecz okrutni, bez odrobiny serca dla najbardziej kochającej ich Matki!

- Patrzę teraz - mówiła podobnie do św. Brygidy - na moje dzieci żyjące w świecie, czy które z nich przypomni sobie o boleściach swej Matki i zechce z Nią współczuć. Lecz niestety, znajduję zbyt małą ich liczbę. Dlatego ty, córko moja, gdy jestem od tak wielu zapomniana, ty nie zapominaj o mnie, rozważaj me boleści i staraj się, o ile możesz, naśladować mię w nich!

Jakże bolesna skarga najczulszej Matki!


[1] "Najboleśniejsza" - O. Bernard od Matki Bożej, karmelita bosy. Kraków 1936. Rakowicka 18. Str. 199.