Ukaranie świętokradzcy

(Niepokalana pocieszycielką ludu polskiego)

Ależ to było ludzi! - było! I w mieście pełno i na Zdzierzu pełno! A co śpiewu, krzyku, hałasu! Ogromny odpust na Nawiedzenie Matki Najświętszej udał się wspaniale!

I już po wszystkiem. Całe to mrowisko ludzi rozeszło się w jednej chwili we wszystkich kierunkach. Kompanja za kompanją pospieszyły z pieśnią na ustach z powrotem do domów. Tu i ówdzie przystawały jeszcze. Jeszcze zwracały się, choć z daleka do Najświętrzej Cudownej Panienki, rzucały się na kolana i popłakiwały jeszcze i jęczały boleśnie: "O Marjo! nie opuszczaj nas, nie opuszczaj Pocieszycielko nasza ukochana"! I wstawały zaraz i zdążały dalej, by przed nadejściem nocy stanąć u siebie w domu.

Z początku odgłosy ich śpiewów biegły jeszcze do św[i]ątyni Pańskiej, do Marji i stąd i stamtąd ze wszystkich stron, potem coraz mniej, wreszcie ustały zupełnie. Tak tu dopiero gwarno było, tak rojnie i umilkło wszystko! Pustka! Cisza!

I noc już nadeszła. Ciemnym swym pierścieniem opasała cały widnokrąg. Daremnie słaby, przyziemny wiatr silił się rozpędzić het jej ciemności. Im więcej uganiał, tem obficiej; z porów ziemi, niby ze zbiorników, wylewała się ciemność na świat, aż zalała wszystko. Niebo było brudno-szare bez gwiazd, tylko k[s]iężyc walcząc z obłokami wykradał się co chwila z poza ich kłębów fałdzistych i rzucał swem światłem wesoło.

Kościół zamknięty. Księża i służba zmęczeni pracą odpustową, ledwo się położyli, zasnęli głęboko. Nigdzie żywej duszy. Spokój... Naraz słychać zgrzyt żelaza - raz, drugi - słychać wyraźnie. Gdzieś ktoś coś piłuje. - To u drzwi kościelnych kłódkę odrywa Józef Kaczmarek! Przyszedł na święte miejsce i do Cudownego Obrazu teraz w nocy chce się dostać, nie po to, by Matkę Bożą błagać o jakąś konieczną w tej chwili łaskę dla siebie lub dla kogoś ze swoich, lub by Jej tu u drzwi podziękować za wysłuchanie prośby - nie - przyszedł, by Ją obedrzeć z wotów drogocennych.

O świętokradzco! nie znasz potęgi Marji, nieznasz Jej dobroci! Wejdziesz do świątyni, zbliżysz się do Jej cudownego wizerunku, lecz wota ani jednego nie ruszysz; będziesz widział, swe własne, żywe serce tu zostawisz!

I oderwał kłódkę. Teraz do dzieła! Już przy ołtarzu... Już się wspina... Wtem kobiecina jakaś dźwiga, się z ziemi. Słyszy wyraźnie, i widzi dobrze. Przestraszony cofa się. Po chwili, gdy ochłonął z przerażenia, rozgląda się lepiej. Niema nikogo! Zły na siebie wskoczył tem szybciej na ołtarz. Już wyciągnął świętokradzką rękę, a tu naraz rozlega się po kościele pobożny, tkliwy, niewieści śpiew. Zdrętwiał! Więc jest ktoś, kto tu czuwa i pewnie go spostrzegł. Zdrętwiał jeszcze bardziej, bo głos ten dobrze mu skądś znany. Słucha. Czyjże to głos? Ach to matki mojej! Czyżby to ona? Niemożebne! Przecież już dawno umarła! Słucha jeszcze. Ona! Blady, chwiejący się schodzi z ołtarza. Wpatruje się w klęczącą kobiecinę. Ach to ona, ona. Zbliża się do niej, lecz w tej chwili matka znikła.

Zrozumiał wówczas całą okropność swej zbrodni. Padł na kolana przed Matką Boską i począł strasznie płakać. Całe niegodziwe życie stanęło mu przed oczyma. O! jakże ja nędzny, jakże niegodziwy. O Marjo przebacz! przebacz! Taką dobrą miałem matkę, taką pobożną... a zemnie zbrodniarz... nikczemnik... złoczyńca. O Boże! Boże! I jęczał biedak i korzył się w prochu przed Marją. - Wiem, wiem co zrobię, obym tylko doczekał świtu. Pójdę do konfesjonału, wszystko wyznam i pokutę przyjmę choćby najcięższą i życie poprawię i tu do śmierci jako pokutnik Marji pozostanę. I rzeczywiście wszystko to wykonał.

Tak to Niepokalana Panienka ukarała świętokradzcę. Sługą go swoim uczyniła. Było to w Borku w djecezji Poznańskiej.

Rycerzu Niepokalanej! Ileż to takich świętokradców czycha na klejnoty nadprzyrodzone serc niewinnych. Wkradają się w najrozmaitszy sposób do tych świątyń żywych, by wydrzeć im wiarę, miłość Bożą - czystość... O bądźże narzędziem w rękach Marji w ratowaniu jednych i drugich.