Czy każda religia dobra?

(Dokończenie)

Słusznieś pan zauważył, odparł ksiądz, że wszystkie religie wysuwają na czoło swą nadprzyrodzoność i prawdziwość. Ale czyż inaczej być może? Przecież nikt otwarcie do błędu i fałszu przyznać się nie myśli. Fałsz bowiem sam w sobie jest czemś tak wstrętnem, tak dla naszego umysłu niedostosowanem, iż dopiero ozdobiony błyskotkami zmysłowego dobra, oparty na pozornych dowodach, przybrany w pociągającą szatę prawdy, zdoła omamić umysł i porwać za sobą wolę. Otóż i religja każda, jakiekolwiek głosiłaby zasady, zawsze będzie się starała przyoblec je w pozory prawdy. W przeciwnym razie przyznawałaby się od razu do całkowitego bankructwa.

Lecz choć wszystkie religje ubiegają się o znamiona prawdziwości, to jednak wcale stąd nie wynika, iż w praktyce niemożliwą jest rzeczą dojść do poznania religji jedynie prawdziwej : owszem zdrowy rozsądek mówi nam, że prawdziwa religja posiada pewne odrębne cechy, po których zawsze i wszędzie można ją odróżnić od religij fałszywych.

- Skądże-to? Zagadnął żywo oficer.

-- Skąd że religja, jak zresztą człowiek i świat cały bierze swój początek od Boga. A jeśli sam Bóg wszczepił w ducha ludzkiego potrzebę religji, to bezsprzecznie tę religje swem nieomylnem znamieniem opatrzył. Czyliż bowiem Stwórcy obojętną byłoby rzeczą jakie ludzie mają o Nim pojęcia: prawdziwe czy fałszywe; jak Go czczą, cnotą czy występkiem? Przecież taka obojętność sprzeciwiałaby się boskiej świętości i mądrości.

- Cóż więc będzie taktem boskiem znamieniem prawdziwej religji.

- Przedewszystkiem cuda. Cud bowiem jest zjawiskiem w całem tego słowa znaczeniu nadnaturalnem, jest bezpośredniem a nadzwyczajnem wmieszaniem się Stwórcy w zwykły bieg przyrody. A jeśli Bóg działa cuda, co uświetniają, wzmacniają i potwierdzają jakąś religje, to stąd prosty wniosek, że owa religja jest boską i jedynie prawdziwą. Zatem ta religja opiera się na świadectwie Stwórcy, która choć jeden prawdziwy cud na swe potwierdzenie przywiedzie. Powiedziałem "prawdziwy cud", bo każda fałszywa religja chlubi się cudownemi zjawiskami, zawdzięczającemi swój początek albo zmyśleniu, albo kuglarstwu, albo nieznajomości praw przyrody, albo pomocy szatana ale jeden jedyny, i tu powiem bez ogródki, katolicyzm może przytoczyć ku swej obronie cuda rzeczywiste i prawdziwe t. j. ręką bożą bezpośrednio zdziałane.

- Proszę mi choć jeden taki niezbity cud przytoczyć!

- Owszem. Pominę tu cuda natury moralnej jako to niepożytość Kościoła wśród ciągłych prześladowań, niezmienność kotolicyzmu, mimo tylu herezji i odczepieństw, niezwykłe męstwo i niewytłómaczalna odwaga męczenników, nieprzerwany ciąg świętych i t. d. nie będę też sięgał czasów odległych, bo możebyście mi panowie zarzucili, że dawnej ludzie byli naiwni, łatwowierni, że nie patrzyli tak krytycznie na rzeczy (a do zbicia tych zarzutów już i czasu by mi może zabrakło). Więc by prędzej dojść do końcowego wniosku przytoczę jeden wypadek z XIX stulecia, wypadek w swoim czasie bardzo głośny i drobiazgowo przez lekarzy zbadany.

Było w r. 1867 we wsi flandryjskiej Jabbeke. Mieszkańcowi tej wioski Piotrowi Rudderowi, spadające przy ścinaniu drzewo zgruchotało nogę poniżej kolana. Kość tak strasznie była zmiażdżona, iż jak świadczy Dr Affenaer, (który właśnie leczył nieszczęśliwego). "Gdy się poruszało chorą nogą słychać było taki chrzęst, jakoby potrząsał workiem orzechów. Część dolna nogi wisiała i obracała się na wszystkie strony". Mimo troskliwej opieki lekarskiej kalectwo nie ustępowało. Owszem po pięciu tygodniach na nodze otworzyła się ropiejąca rana. Stan taki, z dnia na dzień się pogarszający trwał aż do r. 1875 t. j. lat osiem. Opuszczony przez ludzi biedak postanowił udać się o pomoc Matki Boskiej i odbyć pielgrzymkę do Oostaker, miejsca słynącego łaskami. W przeddzień odjazdu do cudownego miejsca trzy osoby z sąsiedztwa oglądały ranę i jak zgodnie zaświadczyły dwa końce złamanej kości odległe były od siebie na 3 cm.

Ż wielkim trudem dostał się Rudder do Oostaker. Tu przed cudowną grotą usiadł na ławce i gorąco począł się modlić. Nagle czuje jakieś wstrząśnienie i traci przytomność. Po chwili jednak wstaje o własnych siłach, biegnie ku grocie i pada na kolana przed statuą Niepokalanej Dziewicy. Uzdrowienie było całkowite, kości się zrosły i to bez skrócenia nogi, ustąpiła puchlina, została tylko blizna, jakoby na świadectwo niezwykłego cudu. Lekarze ze wszech stron zjeżdżali się by na miejscu zbadać niepowszednie zjawisko.

A teraz zapytam się panów czy to nagłe uzdrowienie mogło być dokonane siłami przyrody?

- Nie, odpowiedział po krótkim namyśle jeden z oficerów.

- A więc było zdziałane mocą bożą?

- Innego wyjścia niema.

A zatem cud ten jest niezbitem świadectwem prawdziwości katolicyzmu.

Oficerowie spojrzeli po sobie trochę zakłopotani. Wkrótce jednak rozpoczęli znowu z księdzem rozmowę o religji i to już w zgodniejszym tonie.

Wreszcie pociąg stanął na jednej ze stacji węzłowych. Oficerowie poczęli się zbierać. Na odchodnem pożegnali się z księdzem po przyjacielsku, a jeden rzekł półgłosem: "Dziękuję księdzu za parę słów wyjaśnienia, bądź co bądź sprawy religijne są najważniejszemi w życiu, a jednak właśnie o nich ma człowiek częstokroć skąpe, i co gorsza, błędne pojęcia".